Podróż zaczęła się nietypowo, bo koncertem Kenny Wayne Shepherda w Sali koncertowej Metropol w Berlinie. Pojechaliśmy z przyjaciółmi, którzy niezależnie pojawili się na miejscu, jadąc spod Gdańska. Miejsce to za nic nie przypominało sali koncertowej dla ostrych bluesowych brzmień, bardziej przeznaczone do występu np. kameralnego zespołu smyczkowego, czy trupy teatralnej. Wszyscy widzowie, może ok 250 osób zgromadzeni byli przed sceną w luźnej, stojącej konfiguracji, czasem z piwem drinkiem lub isostarem. Nad nami wisiały kandelabry w formie przebogatych pająków, jakby wziętych prosto z Sali lustrzanej pałacu w Wersalu – tylko kryształów im brakowało w wystroju, a imitowały je ordynarne plastiki. Powyżej na dwóch piętrach dookoła ciągnęły się miejsca balkonowe – puste. Ogólnie wystrój i charakter koncertu tworzyły prawdziwy dysonans poznawczy. Ludzie zgromadzeni, byli raczej starszej generacji, z kulami, może nawet o balkonikach, bo srebro dominowało we włosach. Gdzieniegdzie odnajdywali się też młodzi fani, ale w zdecydowanej mniejszości. Trochę mnie zdziwiła ta struktura wiekowa, bo przecież KWS dobija dopiero do 50-tki. Na scenie grał z 6-os zespołem: klawiszowiec, bębniarz, gitarzysta, basista, saksofonista – kapitalny i trębacz. Występ świetny. Wirtuozeria Kenny’ego na gitarze, oszałamiająca. Kupiliśmy CD z autografem na pamiątkę, pożegnaliśmy z Alkami, którzy zostali na dwa dni aby pozwiedzać Berlin i ruszyliśmy w trasę do Bilbao. ok. 1:00 w nocy zrobiliśmy przerwę na spanie.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz