Parę słów na temat sytuacji etnicznej w niektórych krajach latynoamerykańskich. Hierarchia społeczna kształtuje się następująco: Hiszpanie – Kreole ( Hiszpanie urodzeni w Am. Łacińskiej), Metysi – mieszana ludność rdzenna z białą oraz ludność rdzenna – potomkowie niewolników. Generalna zasada, im obywatel bardziej biały, tym lepsza jego sytuacja życiowa, począwszy od żłobka, przedszkola, szkoły aż po zatrudnienie. Aby w tej hierarchii być wysoko wiele osób w Meksyku korzysta z czarnorynkowego banku spermy! W Meksyku 60% to Metysi, 30% ludność rdzenna. Tutaj warto dodać, że nie używa się na tę ludność określenia la gente indigena - Indianin, bo to obraźliwe jak wieśniak. W innych krajach ludność kształtuje się następująco: Boliwia 90% rdzenni, Haiti niemal 100% z niewolników, Argentyna i Boliwia 90% biali, Chile ok 100% biali. Trudno się dziwić, że odsetek białych i pochodnych jest w sumie spory, skoro ludność tubylczą metodycznie eksterminowano przez eksploatację siły roboczej, walki i choroby zakaźne z europejskiej strefy klimatycznej. Funkcjonowało nawet powiedzenie - „ wystarczy, że Hiszpan kichnie a 100 Indian pada”
Jeszcze rano w Oaxaca wyprosiliśmy Maćka aby przed wyjazdem wyjść do miasta, żeby zobaczyć wnętrze katedry i przejść się uliczkami Starego Miasta. Grupa z którą równolegle podróżowaliśmy i tu się spotkaliśmy również postanowiła ranek spędzić na zwiedzaniu ale nieco dłużej, co niestety okazało się dla nich fatalne, ale o tym na końcu. Później wielogodzinna podróż do stolicy. Przyjeżdżamy ok. 17 ale sam przejazd był karkołomny i niemożliwie długi z powodu korków. Zakwaterowanie blisko centrum i jak najszybsza ewakuacja z hotelu na penetrację miasta. Pierwsze wyjście było szokiem. Tłumy na chodnikach niesamowite! Czy tak wygląda codzienne życie avenidy w mieście liczącym 9 mln mieszkańców, a z aglomeracją miejską do 23 milionów? Na szczęście okazuje się, że trafiliśmy na fiestę, która obejmowała główne ulice miasta wokół parku St Juan i historycznego centrum, tj. Placu Zocalo. Główny deptak do gigantycznego Zocalo zadeptany przez tłumy. Dosłownie trzeba było się przeciskać. Komunikację pieszą utrudniają stragany i stoiska ze streetfoodem i odzieżą. Wygląda to jak niekończący się jarmark, w powietrzu unoszą się zapachy serwowanych dań, ale żeby wzbudzało to zachwyt i apetyt, dyskusyjna sprawa. Odłączamy się od grupy po 19:00 i idziemy ponad trzy kilometry od głównego placu do teatru gdzie o 20.30 odbędzie się musical Malinche. Jeszcze w Polsce obejrzeliśmy na Netflixie dokument o powstaniu tego musicalu i postanowiliśmy go obejrzeć. Bez problemu dostajemy bilety emeryckie, czyli 2 w cenie jednego. Skoro taka oszczędność, to wybieramy strefę VIP i miejsca dostajemy w V rzędzie, dosłownie na wprost sceny. Jesteśmy zachwyceni spektaklem, bo oprócz walorów o treści historycznej są i wizualne i estetyczne. Scenografia niesamowita, zwizualizowana dżungla, miasto Tenochtitlan (baza obecnego Mexico City) z niezwykłymi rozwiązaniami urbanistycznymi i architekturą, z której do współczesności nie zostało praktycznie nic. Okazało się, że ze spektaklem trafiliśmy akurat na rocznicę historycznego spotkania Malinche, Corteza i Montezumy. To wtedy, 8.11.1519 roku zmienił się bieg historii dla tych terenów, czego konsekwencją jest dzisiejsze państwo Meksyk.
Do hotelu wróciliśmy po północy, wdeptując do obleganego w ciągu dnia lokalu z churrosami – palce lizać!
Grupa, która wyjechała z Oaxaca po nas, po dwóch awariach busa utknęła na dobre na autostradzie po tym, jak zablokował ją wybuch cysterny z gazem. Do hotelu dojechali około 5 rano.