Z hotelu w Oaxaca jedziemy do San Martin Tilcajete. Tam właśnie przestrzeń opanowały warsztaty wytwarzające figurki alebrijes. Trafiamy do jednego z nich, żeby przyjrzeć się procesowi produkcji. Najpierw jest rzeźbienie w drzewie copal figur, na podstawie wcześniej zaprojektowanych rysunków. Później artyści je malują. Trwa to nawet do kilku miesięcy. Tam też zaliczamy warsztaty malowania. Przewodnik sugeruje nam nasze opiekuńcze zwierzęta na podstawie daty urodzin. Moim jest kameleon, Szymona – żółw. Nie było jednak w proponowanym zestawie takich okazów, więc wybór padł na rybki. Dostajemy cieniutkie pędzelki i wszyscy zabieramy się do malowania. Panie podchodzą i pomagają niektórym. Wymieniamy się farbami i pracujemy wytrwale w pełnym skupieniu przez godzinę. Niesamowite jakie to odstresowujące. Na koniec każdy prezentuje swoją pracę i oczywiście robi zdjęcia. Potem ruszyliśmy do miasteczka San Bartolo de Coyotepec, gdzie miejscowi parają się rzemiosłem związanym z czarną gliną. Robią z niej prawdziwe cudeńka. Zwiedzamy market, gdzie jest 109 stoisk z różnymi lokalnymi wyrobami z owej gliny. Postawiłam na czarne jak smoła koralikowe bransoletki za naprawdę, drobne pesos. Po doświadczeniu teraźniejszości pora na historię. Udajemy się na wzgórze położone nad Oaxaca, gdzie jest stanowisko archeologiczne z resztkami budowli po stolicy Zapoteków, tj. Monte Alban. Kolejne budowle schodkowe, boisko do peloty i przepiękne widoki na miasto u podnóża. Miejsce magiczne. Po powrocie do Oaxaca zaliczamy 2 mercada. Mijamy stragan z tutejszym przysmakiem – chapulines czyli konikami polnymi. Kupujemy kolejne alebrijes i decydujemy się na konsumpcję tlayudy – chrupkiej tortilli z całą masą składników, od sosu fasolowego, przez stopiony ser, awocado, sałatę, pomidory i kawały wieprzowiny. Wyglądało to jak pizza, a co najważniejsze okazało się całkiem OK.