niedziela, 2 listopada 2025

2 listopada, niedziela - Palenque i wieczorna balanga.

Pobudka bardzo wczesna. 5 godzin jedziemy ponad 350 km do Palenque w stanie Chiapas. Tu zwiedzamy majańskie miasto z budowlami z kamienia i grobowcem w kształcie piramidy, najsłynniejszego władcy majańskiego – Pakala Wielkiego, który żył w VII wieku. W X wieku miasto upadło i nie wiadomo z jakich powodów. Zarosło przez wieki i dopiero po 800 latach w połowie XVIII wieku zostało odkryte. Wykarczowano dużą część lasu i udostępniono ruiny Palenque. Pałac królewski, Świątynia Inskrypcji, gdzie znaleziono kości władcy oraz świątynia  gdzie pochowano żonę Pakala Wielkiego zwaną Czerwoną Królową, to najważniejsze spośród wielu budowli miasta, o którym uczyłem się w szkole i nazwę Palenque stąd dobrze pamiętam. Słońce mocno nas wymęczyło, więc godzinny orzeźwiający spacer po dżungli w cieniu drzew był wybawieniem. Wędrowaliśmy, ja w klapkach w poszukiwaniu spektakularnych okazów fauny. Zachęceni przez przewodnika fundnęliśmy sobie przekąskę prosto z termitiery, czyli żywe termity. Smakowały trochę jak limonka z posmakiem octu. Przewodnik wskazał nam dziuplę, w której zobaczyliśmy tarantulę a właściwie jedynie jej kosmate, poruszające się odnóża. Hotel to domki porozstawiane wśród lasu pociętym strugami wodnymi, miedzy którymi można było przejść małymi mostami. Słońce Gosi zaszkodziło. Nie dała się namówić na wyjście i postanowiła położyć się wcześniej. Cóż miałem robić, poszedłem sam a właściwie osamotniony z grupą ruszyliśmy aby wziąć udział w procesji Dia de Muertos niedaleko w parku. Ze świeczkami kapiącymi gorącymi kroplami na ręce szliśmy wytrwale w procesji, nie bardzo wiedząc dokąd i dlaczego. Szliśmy jednak posłusznie, aż nagle psychodeliczna muzyka się wyłączyła, światła się włączyły i korowód się zatrzymał. Wszyscy się rozeszli a świeczkę za przykładem innych odłożyłem na skraj ścieżki. Komunikat z głośników nic mi nie powiedział bo był po hiszpańsku a mój tłumacz w objęciach Morfeusza pozostał w hotelu. Domyśliłem się, że coś się wydarzy, ale za pół godziny. Rozczarowanie przyszło jednak szybko, bo zaproszono nas do przeszklonej sali powyżej, gdzie na katafalku spoczywała replika Czerwonej  Królowej. Z komentarza w języku hiszpańskim nic nie zrozumiałem a nasz pilot Maciek wszedł z kolejną grupą. Później wszyscy ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiejś restauracji i znaleźliśmy w miarę szybko. To co działo się później to przemilczę, powiem tylko tyle, że młodzież nie doceniła zawodowstwa starszego pana. Na zmianę podawano kieliszki z mezkalem i tequilą. Ile tego było nie zliczę. Młodzież tańczyła a od czasu do czasu porywała i mnie. Pod koniec ci najbardziej aktywni częstowani byli mezkalem prosto z wielkiej butelki. Później jeszcze pokaz tańca z ogniem i powrót do bazy. Ten był dość wyczerpujący dla niektórych a całość zakończyła się strzemiennym na werandzie jednego z domków.  


















 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz