Dzisiaj buszujemy jeszcze po Jukatanie. Na pierwszy ogień idzie strefa archeologiczna majów Uxmal. Wyrwane dżungli i odsłonięte dzięki wykopaliskom, olbrzymie świątynie w kształcie piramid. Ale to jedynie ułamek tego, co kryje dżungla. Myślę, że w przyszłości więcej takich cudów ujrzy światło dzienne. Kontynuując wątek tzw. nekrotyrustyki z dnia poprzedniego, trafiamy do Pomuch, na cmentarz, bardzo nietypowy, bo ze szczątkami ludzkimi w skrzynkach. Czyli kości, czaszki, ot tak na wyciągnięcie ręki, nawet niektóre niezabezpieczone żadną kratą. Co kraj, to obyczaj ale brzmi to jak z horroru, kiedy po 3 latach od pochówku rodzina oczyszcza kości żeby później wystawić na widok publiczny. Nie potrafiłbym się odnaleźć w roli czyściciela.. A taki rytuał jest później powtarzany co rok przed Dia de Muertos.. Na grobach Gosia zostawia kwiaty i wianek z wczorajszego święta w Meridzie. Pod wieczór dojechaliśmy nad Zatokę Meksykańską do Campeche na nocleg w hotelu Francis Drake. Campeche ma zupełnie inny charakter, niż dotychczas odwiedzane miejsca. Wzdłuż zatoki biegnie szeroka promenada, ulice są przestrzenne, czuć tu więcej powietrza i widać bardziej zadbane budynki.. Centrum miasta wygląda jak kubański Trynidad. Całe stare miasto otoczone jest wysokim, białym murem jako historyczna osłona przed nękającymi kiedyś piratami. Wzdłuż promenady od strony zatoki oświetlonej kolorowymi fontannami dalsza część obchodów dnia zmarłych i kolejne wymalowane twarze. Zachodzimy do farmacji aby zrobić zakupy na kanapki na jutrzejszą podróż. Jak nas tam skierowano też się dziwiliśmy ale większa część powierzchni apteki to sklep spożywczy i to nieźle zaopatrzony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz