Jedynym źródłem słodkiej wody na Jukatanie są płynące pod ziemią cieki, łączące ze sobą większe zbiorniki, tzw. cenoty. Cenot jest ok. 1600 na całym półwyspie i wyłącznie dzięki ich istnieniu możliwy był rozkwit tutaj cywilizacji majańskiej. Są 3 rodzaje cenot: otwarta, kiedy kopuła nad zbiornikiem się zapadnie, półotwarta, kiedy nad zbiornikiem jest niewielki otwór, oraz zamknięta, do której się wchodzi długim korytarzem. Dzisiaj odwiedzamy Gran Cenote, charakterystyczną, z uwagi na występujące tam żółwie mięsożerne. Na wszelki wypadek nie wchodzimy im w drogę. Woda w cenotach jest krystalicznie czysta i zawsze w niezmiennej temperaturze, pomiędzy 24-26 st. C przez cały rok. Kąpiel jest orzeźwiająca, biorąc pod uwagę, że temperatura na zewn. jest o 10 stopni wyższa. Wszystkie cenoty charakteryzują się wiszącymi girlandami korzeni drzew, które w ten sposób czerpią wodę do wegetacji.
Niestety Majowie narobili sobie sami kłopotu, wrzucając do zbiorników wodnych ofiary z ludzi. Jest duże prawdopodobieństwo, że zatrucie wód szczątkami było poważnym powodem upadku cywilizacji prekolumbijskiej.
Padła propozycja odwiedzenia poza programem 2 cenot w pobliżu. Po podsumowaniu kosztów za transport busem i wejścia do cenot, ok 500 zł dla naszej dwójki, wydały nam się one zbyt wygórowane i zrezygnowaliśmy.
Zagospodarowaliśmy sobie ten czas odwiedzeniem na obrzeżach Tulum Muzeum SFER-IK. Skorzystaliśmy z taxi, która zawiozła nas do części tego muzeum, z obiektami znajdującymi się w lesie. Do prawdziwego muzeum, stąd było ponad 2 km. Ruszyliśmy więc pieszo a po ok. półtora km natknęliśmy się na osiedle apartamentowców w budowie o niesamowicie futurystycznych kształtach. Łuki tych budowli wyglądały jak kręgosłupy potężnych dinozaurów. Drzwi wejściowe były olbrzymim kołem, które na osi obracając się pozwalały wejść do środka budynku. Wnętrze okazało się recepcją biura architektonicznego realizującego koncepcję argentyńskiego architekta Ernesto Neto (pseudonim Roth). Szczegółów dowiedzieliśmy się od sympatycznej recepcjonistki, Any. Powiedziała nam również, że jeden z apartamentów kupili Polacy. Najtańszy , ok. 100-metrowy kosztuje w granicach 600 000 dolarów. Założeniem pomysłu jest konstruowanie architektury w stylu biomorficznym, w symbiozie z naturą i wykorzystując pomysły, podpatrzone w przyrodzie, bez kątów ostrych. Trochę przypomina to architekturę Gaudiego. Do wymyślonych rozwiązań stosuje się 2 rodzaje materiałów – ferrocementu, wyszlifowanego do granic możliwości i cienkich gałęzi BEJUCO, plastycznych jak liany, mających dać efekt dekoracyjny i złamać białe, minimalistyczne przestrzenie. Kilometr dalej docieramy do docelowego Muzeum, Sfer-Ik, z podobnymi założeniami architektonicznymi. Zwiedzamy je bez butów – jest to obowiązek. Na parterze przechodzimy przez kilka pomieszczeń, po czym po bejucowych schodach i mostku docieramy do drzwi restauracji, niestety jeszcze zamkniętej. Na zewnątrz, widać za oknami gałęzie drzew, bo całość wbudowana jest w selwę (meksykańską dżunglę). Spędzamy tu około godziny, jak się okazuje, bilet z tego muzeum jest również biletem wstępu do tej części pod chmurką, do której zawiózł nas taksówkarz. Stojący obok hotel i inne obiekty tworzą tzw. Azulik City i nie do wszystkich można wejść. Przed nami 2,5 km powrotu w temperaturze oscylującej wokół 30 stopni C, na szczęście, słońce było za chmurami. Zwiedzamy Garden Sfer-Ik, gdzie wzdłuż alejek wystepują przykłady rozwiązań jakie będą, czy już są zastosowane w budowanych hotelach i apartamentowcach. Czyli mieliśmy obiekty gospodarcze, łazienki w środku lasu, siatki jak batuty rozwieszone między drzewami, gdzie można było oddać się kontemplacji natury, zonę relaksacyjną, gdzie w swoistym SPA mogliśmy pomoczyć zmęczone stopy ale na krótko, bo towarzystwo kąśliwych insektów było nie do zniesienia.
Po powrocie taksówką do miasta zaliczyliśmy pizzę na cieście z mąki kukurydzianej, które to ciasto okazało się bardziej syte niż w tradycyjnej pizzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz