Dzień zaczął się od przepięknego wschodu słońca z tarasu widokowego naszego hotelu.
Dzisiaj zwiedzamy majańskie miasto Chitchen Itza, żelazny punkt programu każdego turysty na Jukatanie. Stąd też ogromna ilość ludzi różnych nacji i każda grupa obowiązkowo musi mieć lokalnego przewodnika. Do głównego placu z olbrzymią piramidą schodkową dochodzimy wzdłuż szpaleru stoisk z pamiątkami i kuszących do zakupu gadżetów sklepikarzy, posługujących się zabawnymi frazami w naszym ojczystym języku, w stylu: taniej niż w Biedronce, ***** PiS, Lewandowski, Jan Paweł II itp. W ofercie kapelusze, T-shirty, maski, czaszki, instrumenty imitujące odgłosy dżungli, jadeity i obsydiany - kamienie bliskie sercu Majów. Skusiliśmy się na zakup obsydianowego krążka – świetnego do obserwacji Słońca.
Piramida schodkowa jeszcze kiedyś była dostępna dla zwiedzających ale po wypadkach śmiertelnych, czyli staczających się ciałach jak w Apocalypto można ją podziwiać jedynie z dystansu.
Ważnym miejscem każdego miasta prekolumbijskiego było boisko do gry w pelotę. Gra polega na odbijaniu dość ciężkiej piłki kauczukowej biodrem, kolanem, łokciem. W drużynach było po dwóch graczy. Wygrywali ci, którym udało się przerzucić piłkę przez kamienną obręcz przeciwnika. Zdarzało się, że po zakończeniu meczu wszystkich zawodników składano w ofierze, zarówno wygranych, jak i przegranych. Inne źródła podają, że tylko wygrani byli składani w ofierze.
Mieliśmy okazję przetestować właściwości takiej piłki, bo były sprzedawane przez lokalsów. Jej sprężystość jest niezwykła i po takim doświadczeniu skłonni byliśmy uwierzyć, że udawało się ją przerzucić przez wysoko usytuowane obręcze. Zdarzało się to jednak bardzo rzadko.
Miasto, patrząc po pozostałościach było bardzo rozległe a w apogeum rozwoju zamieszkiwało je ponoć 90000 mieszkańców. Oczywiście obecność cenoty jest nieodzowna.
Z gorącego Chichen Itza jedziemy na orzeźwiającą kąpiel do otwartej cenoty IK KIK. We wszystkich cenotach kąpiel możliwa jest jedynie w kapoku i po zmyciu z siebie kremów – czyli prysznic obowiązkowy. Ta cenota, to autentyczna, kilkunastometrowa dziura w ziemi, bardzo głęboka. Pod nami niewidoczni jej mieszkańcy – ryby, algi, krewetki, ślimaki, wije, i ich szczątki, z kośćmi ludzkimi na czele.
Z żalem ją opuszczamy ale przed nami długa droga busem do Meridy z przesunięciem czasu do przodu o 1 h. Po zakwaterowaniu krótki, wieczorny wypad do nieodległego centrum z oczywistym Plaza de Armas. Po drodze zaliczamy sklepiki z pamiątkami i tu jest nasz pierwszy kontakt ze słynnymi alebrijes.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz