Do południa spacer po Meridzie.
Zaczynamy od Plaza Mayor (główny plac miasta), a przy nim katedra, w środku dość ascetyczna, bez zdobień. Później zachodzimy do Pałacu Gubernatora - siedziby władz Jukatanu, z muralami nawiązującymi do postaci historycznych i wydarzeń z historii Meksyku. Następnie odwiedzamy, niedaleko położony dom rodziny Montejo. Dzięki nim Merida miała okres szczególnego rozkwitu. Miasto było centrum produkcji i eksportu na cały świat, produkowanego z włókien agawy, sizalu. Przechodzimy do miejskiego targu, olbrzymiego kompleksu, gdzie sprzedają wszystko. Tam Gosia zakupiła żywe kwiaty do wianka na wieczorne Dia de Muertos. . W końcu opuściliśmy tereny starej dzielnicy i doszliśmy do reprezentacyjnego bulwaru Montejo z pięknymi, odnowionymi pałacami, które służą dziś za hotele lub budynki użyteczności publicznej. Tutaj miasto pokazuje się z innej strony, bo dotychczasowe uliczki i mijane budynki pozostawiały wiele do życzenia pod względem estetycznym. Tu, na Paseo Montejo swoim pięknym wyglądem skusił nas budynek Muzeum Archeologicznego. Ekspozycja była dość skromna ale adekwatna do ceny biletu (100$). Ogólnie, po ulicach chodzi się dość bezpiecznie, ponieważ są jednokierunkowe. Tuż przed wyjazdem na paradę odwiedziliśmy nowoczesny budynek Pałacu Muzyki, a nieopodal w sklepiku kupiliśmy mini alebrijes.
Bus podwiózł nas w pobliże cmentarza, skąd ruszał pochód. Cała grupa wpadła w ręce makijażystek, które za 50$/osobę upodobniły nas za pomocą czarnych i białych farb, do duchów. Znaleźliśmy się tam nieco za późno i wszystkie miejsca na specjalnie przygotowanych trybunach były już zajęte. Start korowodu mocno się opóźniał i był czas na podglądanie, co się dzieje wokół, czyli polowanie na tych najbardziej oryginalnie wymalowanych. Zza trybun niewiele było widać i tylko przez moment mignęła nam jakaś gigantyczna kukła rozpoczynająca paradę. Długi pochód przebierańców ruszył w stronę miasta. Można przypuszczać, że to wielowiekowa tradycja a tak naprawdę zawdzięczamy to Bondowi. Tak, Jamesowi Bondowi a właściwie filmowi „Spectre” z 2015 roku, gdzie twórcy zaaranżowali taki kolorowy pochód, który od tego czasu stał się tradycją.
Trudno, to w czym uczestniczymy nazwać obchodami Dnia Zmarłych. To fiesta na całego! Głośna muzyka, umalowani przebierańcy, śmiechy, zabawa, a nawet tańce. Dia de Muertos, to coś zupełnie odmiennego od naszej kultury. Chociaż pamiętam jakie zdziwienie mnie ogarnęło, kiedy 1 listopada zobaczyłem na Cmentarzu szczecińskim jak Romowie na grobie swoich członków rodziny spożywali posiłek i raczyli się czymś na rozgrzewkę. Tutaj robią to wszyscy.
Próbowaliśmy się dostać na sam cmentarz, ale bezskutecznie. Zrobił się potworny zator i lekko spanikowani zdecydowaliśmy się na odwrót. Ruszyliśmy w stronę miasta, ok. 4,6 km wzdłuż szpaleru straganów z jedzeniem, ołtarzyków, przy których siedziały całe rodziny i ucztowały, występów drobnych grup wokalnych i instrumentalnych. A tego wszystkiego pilnowali stróże prawa w adekwatnej konwencji. Do hotelu wróciliśmy skonani około północy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz