Z naszej bazy wypadowej w Meridzie jedziemy do zespołu cenot pod nazwą „ Święta Barbara”. Zaliczamy cztery, poruszając się po kompleksie rowerami, w strojach kąpielowych i kapokiem. Z tego powodu nie ma fotorelacji, bo nie było jak zabrać aparatu ani komórki. Zaczynamy od cenoty zamkniętej. Było w niej bardzo duszno i niedługo tam wytrzymaliśmy. Następna, to półotwarta na świat, z przepięknym sklepieniem stalagmitowym. Mimo wyraźnych zakazów dotykania, wiele osób się do tego nie stosuje. Kolejna, też półotwarta, z sępnikami w roli głównej i jaskółkami nad głową. I ostatnia – otwarta, z niesamowitymi, skradającymi się w dół konarami drzew, przyklejonymi do skał, turkusowym kolorem wody. W związku z rosnącymi u góry drzewami liściastymi na powierzchni jest sporo liści i nawet cały czas pływająca w łódce obsługa nie nadąża z czyszczeniem wody. Dokładnie tę cenotę i jednego sępnika sfotografowałem, wracając na chwilę z aparatem.
Później przerzucamy się nad Zatokę Meksykańską, żeby zwiedzić Park Narodowy Rzeki Celestun. Szybką motorówką płyniemy na płytkie słone wody rzeki, gdzie podglądamy brodzące flamingi inne ptactwo wodne, którego jest tutaj mnóstwo. Przed zmrokiem wpływamy do zatoki lasu namorzynowego. W tym słabym świetle, wystające, ogromne konary mangrowców stwarzały wrażenie grozy i niepokoju. Tym bardziej, że nie było pewności, czy między nimi nie czai się krokodyl (cocodrilo).
Do Meridy wróciliśmy ok. 20.00. Jeszcze krótki wypad do miasta na super lody i do Parku St. Juan, gdzie wystawiono instalacje i dekoracje do jutrzejszego święta Dia de Muertos. Bardzo to widowiskowe, kolorowe i groteskowe – jak to bywa tutaj w Św. Zmarłych. Czaszki, kościotrupy i aksamitki (campasuchil), które są podstawowym kwiatem dekoracyjnym ze względu na intensywny zapach, który przywołuje duchy przodków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz