poniedziałek, 27 października 2025

26,27 pażdziernika, nedziela, poniedziałek - podróż i zwiedzanie Tulum

3 maja 2025 roku, Turkusowa Polana, Gosia przy swoim komputerze, ja przy swoim. Wchodzę na FB i z miejsca pojawia mi się alert ze strony Biura Podróży „ Pakuj plecak” – Wyprawa do Meksyku. Zaglądam w szczegóły i widzę, że tę konkretną grupę ma prowadzić Maciek Taraniuk, którym tak zachwycaliśmy się podczas wyprawy do Peru.

- Gosia, jest wycieczka do wykupienia

- A dokąd?

- Meksyk, czyli kraj hiszpańskojęzyczny, grupę prowadzi Maciek, a termin obejmuje 1 listopada, czyli słynne Dia de Muertos.

Długo się nie zastanawialiśmy, już 7 maja wycieczka była opłacona, a 10-go, bilety lotnicze.

 

26 – 27 października 2025r.

 

Jedziemy Pendolino do Warszawy, wspólnie z Matikiem, który w Poznaniu gra mecz ligowy w snookera. W Warszawie spotykamy się z całą grupą na lotnisku Chopina.                      Przed 17 wylatujemy do Amsterdamu, skąd po 22:00 startujemy do 11,5 h lotu do Mexico City. Stamtąd po 3h wylatujemy do Cancun, gdzie kończymy naszą samolotową podróż o 9:30 czasu lokalnego 27 października. Stąd 3h busem do Tulum, miejsca naszego zakwaterowania. Tulum leży na wschodzie Jukatanu, nad Morzem Karaibskim. Chociaż bliżej do południa udało nam się jeszcze zjeść śniadanie w hotelu i pomimo zmęczenia podróżą postanowiliśmy coś zwiedzić. W odróżnieniu do innych, którzy udali się w to samo miejsce ale pieszo, my wybraliśmy taksówkę za 150 $ (pesos meks/ ~30 zł). Oszczędziliśmy, i czas, i nasze ciała od przegrzania. Temperatura sięgała 35 st. C. a do zony archeologicznej ZAMA (majańskie miasto świtu) było ok. 4 km. Bilety do strefy zwiedzania kosztowały 415$/ osobę za wejście do parku + 100$/ os wejście do samej zony. Pomimo panującego niemiłosiernego upału nie pozwalano zabierać ze sobą butelek z wodą. Dopuszczano jedynie metalowe termosy. Każdemu sprawdzano plecaki przy wejściu. Widocznie w przeszłości turyści zaśmiecali ten teren butelkami i znaleziono na to tak drastyczne rozwiązanie. Ci, którzy nie posiadali żadnego picia byli narażeni na udar. Wewnątrz nie można było ugasić pragnienia niczym a miejsc ocienionych było  niewiele. Później, już poza samą zoną archeologiczną byliśmy świadkami zasłabnięcia kobiety i interwencji pogotowia. Przypuszczamy że to z powodu upału.  Ruiny, które zwiedzaliśmy, to pozostałość po dawnym mieście majańskim, pełniącym funkcję portu, i rzeczywiście odległość od morza niektórych budowli, to najwyżej kilkadziesiąt metrów. Niewątpliwą atrakcją były sporej wielkości jaszczurki – iguany czarne, których było tutaj dosyć dużo. Stąd wyszliśmy wprost na przystanek busa, który zawiózł nas do jednej z kilku plaż nad M. Karaibskim. Wysiedliśmy na Playa Maya i pierwsze kroki skierowaliśmy do baru pod palmową wiatą, żeby ugasić pragnienie. W trakcie, tradycyjnie rozpoczęliśmy grę w kości, dosiadła się do nas para młodych Amerykanów z Hawajów i chętnie dołączyli do gry. I jak to bywa najczęściej nowicjusze „złoili nam tyłki”. W międzyczasie rozpętała się burza z obfitym deszczem i zatrzymała nas w barze na dłużej. Do pary Amerykanów dosiedli się ich znajomi, na jeszcze większym rauszu i doprawdy nie wiem jak oparłem się ich namowom na wspólnego drinka. Temperatura nieco opadła, co okazało się później, jak poszliśmy się kąpać – woda w morzu była cieplejsza od temperatury powietrza. Wracamy do hotelu taksówką a wieczorową porą z towarzystwem idziemy do miasta na kolację, żeby podegustować lokalnej kuchni – seviche, guacamole, tacosy z salsą. Na zamówienie czekało się uno momento, co jak Maciek już wcześniej nas uprzedzał, że przy tak rzuconym przez kelnera tekście będzie oznaczało czas oczekiwania do min. 1,5h. I słowo ciałem się stało.

 











 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz