poniedziałek, 29 lipca 2019

25 lipca w Parku - dzień drugi

25 lipca, czwartek

No prognozy tutaj sprawdzają się idealnie. Miało być zachmurzenie i jest. Żal tylko tych którzy przyjechali wczoraj i wschód słońca mają gwizdany. Niespecjalnie się spieszymy, bo dziś spacer wokół Uluru i może zachód słońca na Kata Tjuta. Leniwie więc przygotowujemy śniadanie a jak je kończymy po 10:00 to wokoło nie ma już nikogo.
- wstąpmy jeszcze do muzeum, tego co w zeszłym roku – zaproponowała Gosia
- ale po co? pamiętasz, że to bardziej sklep niż muzeum
- no właśnie, kupiłam tam takie etui na okulary z wzorami aborygeńskimi
- i
- i, zgubiłam
Zajechaliśmy ponownie do Yullary w związku z tym. Miejsce to powstało w latach 80-tych, kiedy  zaczynało napływać tu coraz więcej turystów. Niewielki ośrodek leżący bliżej góry zlikwidowano, park ogrodzono tworząc bramkę wjazdową a w dzisiejszej Yularze rozpoczęto budowę infrastruktury zdolnej przyjąć kilka tysięcy turystów jednorazowo. Są tu sklepy, poczta, bar, kawiarnia ale przede wszystkim hotele o różnym standardzie i nasz kemping dla tych co komfortu nie potrzebują.
Jesteśmy w muzeum, szybko odnaleźliśmy etui ale postanawiamy obejść ponownie niewielką ekspozycję przysklepową. Kogo spotykamy? Oczywiście Ewę i Krzysztofa. Jak się z kimś umówisz to się nie spotkasz jeśli nie…. to masz. Pokazują zdjęcia z dzisiejszej atrakcji na którą i nas namawiają. Przejazd karawaną wielbłądów o wschodzie słońca zakończony śniadaniem. Zdjęcia niezwykle piękne, bo chmury zasnuwające dzisiejsze niebo zrobiły rankiem małą przerwę na horyzoncie przez którą słońce cudownie je podświetliło. Zrobię wyjątek i zamieszczę na końcu zdjęcia Ewy, które zrobiła telefonem, bo są niezwykłej urody.
- A może pokażemy Wam tę farmę wielbłądów, to niedaleko – zaproponowała Ewa
- ok, skoczę tylko po sprzęt do auta – odparłem
Za 10 minut jesteśmy w drodze na farmę rozmawiając o wszystkim w parach Ewa z Gosią a ja z Krzyśkiem. Droga nam się w związku z tym nie dłużyła ale okazało się, że rano oni jechali tam busem spod hotelu i nie mogli ocenić, że to tak zupełnie blisko nie było. Na moje oko około 2 km. Faktycznie farma pełna była wielbłądów ale nie tylko. Był ogromny bawół, który nie chciał zapolować do zdjęcia, były owce, struś i oczywiście kangury. Wróciliśmy do Yulary, zrobiliśmy wspólną fotkę, pożegnaliśmy się i co koń wyskoczy pognaliśmy w stronę Uluru. To najwyższy czas aby rozpocząć spacer wokół góry, bo mając już 4 km w nogach po wczorajszej wycieczce na Kata Tjuta tempo z pewnością nie będzie zawrotne. Trzeba zdążyć przecież na zachód słońca 44 km dalej. Startujemy w miejscu skąd śmiałkowie rozpoczynają wspinaczkę na szczyt. My wchodzimy zaledwie 20 metrów nie chcąc łamać aborygeńskich próśb o uszanowaniu tej góry. Za dwa miesiące, w październiku góra będzie już całkowicie zamknięta i wspinać się na nią nie będzie można. To kolejny krok po przekazaniu Parku Uluru Kata Tjuta pod jurysdykcję ludności aborygeńskiej.  Tym razem poszliśmy w innym  kierunku jak poprzednio, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Aby naładować baterie przed 10 km marszem przez chwilę kładziemy ręce na skale i ruszamy.  Spacer trwał około 3 godzin a później bez zwłoki jedziemy do Olgas, po aborygeńsku Kata Tjuta. Dojeżdżamy na czas ale kopuły są ciemne, słońca brak. Na zachodzie horyzont powolutku się otwiera i rozjaśnia. Jestem dobrej myśli i rozsiewam swój optymizm wśród innych oczekujących. Nie myliłem się cała widoczna część formacji rozświetliła się czerwonym blaskiem na dosłownie 2 minuty aby za chwilę jak za przekręceniem kontaktu zgasnąć. Jeszcze chwilę możemy podziwiać feerie świateł pod chmurami trochę jak Ewa i Krzysiek dzisiaj rano na wielbłądach.

Mamy teraz 55 km do kempingu, w którym planujemy się wykąpać, coś zjeść i ruszyć w drogę. Do Stuart Hwy mamy 260 km ale po zmroku planujemy przejechać chociaż połowę. Tak też nam się udaje i zalegamy na miejscu widokowym na górę Mt. Connor, którą wielu turystów myli z Uluru. Jutro będziemy ją podziwiać.

Mt. Piotroskie





Stąd można jeszcze do października wchodzić na szczyt


Ładowanie baterii


Tego co prawda nie należy fotografować ale nie mogłem się oprzeć





Obiecane dwa zdjęcia Ewy z komórki


niedziela, 28 lipca 2019

24 lipca w Parku Uluru i Kata Tjuta


24 lipca, środa

Pobudka 5:40. Poranna toaleta, przerzucenie wszystkich betów na tył i bez śniadania ruszamy z kampingu w stronę Uluru. Park otwierają o 6:30 i kilka minut przed, meldujemy się na bramkach. Lewa nitka jest dla tych z biletami, więc zajmujemy prawą, która okazuje się dużo szybsza. Niestety nie ma zniżki dla 60+ i kupujemy dwa za 50 dolarów na trzy dni. Zresztą innych nie sprzedają. Jest jeszcze ciemno i kierując się za innymi autami po 15 kilometrach dojeżdżamy do miejsca, skąd oglądać mamy wschód słońca. Widowisko ma się zacząć 7:18. Niebo lekko jaśnieje, my ustawiamy się przy samym ogrodzeniu a ja wystawiam kamerę za, aby nikt jej nie potrącił i nie wszedł w kadr. Nagrywam film poklatkowy, na którym później będzie można obejrzeć cały wschód słońca w dwie minuty. Ludzie rozpierzchli się po całym terenie wybierając dla siebie najdogodniejsze miejsca do obserwacji. Gosia poszła gdzieś wyżej na platformę widokową i tam została aż do końca. Ja zająłem się pstrykaniem zdjęć, długim obiektywem sięgając oddaloną 44 km od Uluru drugą atrakcję tego parku, formację skalną Kata Tjuta. Kilka zdjęć z porannej sesji zamieszczam na końcu. Tu w Australii jest teraz zima więc punkty wschodu i zachodu słońca są przesunięte mocno na północ, co widać na zdjęciach. Najbardziej oświetlona jest północno-wschodnia ściana Uluru. Cała ściana którą widać na zdjęciu jest oświetlona o wschodzie tylko tutejszym latem.
Na terenie parku jest sporo miejsc piknikowych, więc nietrudno było znaleźć nam miejsce na śniadanie. Po nim ruszyliśmy do Kata Tjuta, gdzie zaplanowaliśmy przejście 7,6 km drogą o pięknej nazwie Valley of Winds. Od początku trasy towarzyszyły nam cudowne widoki czerwonawych kopuł na tle niebieskiego nieba. Tych owalnych wzniesień z których najwyższe mają ponad 500 metrów jest tu 36. Ścieżka wije się wśród niewielkich drzew i krzewów prowadząc często po łagodnych skalnych zboczach. Wznosi się i opada a w bardziej stromych odcinkach tworzy naturalne lub sztucznie zrobione schody. Trochę dajemy sobie w kość, bo do tej pory tylko siedzieliśmy. Momentami przy podejściach sapiemy jak lokomotywy. Pod koniec zaczynamy odczuwać trudy tej wyprawy w biodrach i kolanach. Przestajemy siadać w czasie przerw, bo coraz trudniej nam wstać. Chyba zacznę biegać wokół pianin podczas strojeń dla podniesienia kondycji. Udaje nam się zaobserwować tutejszego wróbelka. Jest prawie identyczny, tylko bardziej zielonkawy i ma czerwony dziubek. To Zebra Finch. Do auta doszliśmy już prawie powłócząc nogami. Postanawiamy ruszyć kilka kilometrów w stronę Australii Zachodniej. Asfalt kończy się po około 12 km i zaczyna się droga szutrowa. Jedziemy nią jakieś 3 km i zawracamy w stronę parku. Ciekawostką jest to, że jeśli ktoś przyjedzie z tej lub innej strony taką drogą to nie płaci za wjazd do parku. Mała to jednak oszczędność jeśli pokonało się 1500 km australijskich bezdroży. Widok na Kata Tjuta jest stąd super. Odnajdujemy na poboczu ślady bytności popularnego na tych terenach zwierzęcia a jakiego proszę rozpoznać po odchodach na zdjęciu. Jest około 16:00 ruszamy więc z powrotem  do Uluru na zachód słońca. Parking był przepełniony a część zajęła miejsca na dachach swoich pojazdów. Inni rozłożyli sobie stoliki, popijali winko a kilku turystów rozstawiło nawet grille, które roznosiły zapach pieczonych smakołyków. Nas jednak to nie ruszało, bo pół godziny wcześniej kolacjowaliśmy. Mimo tłoku nie mieliśmy trudności ze znalezieniem miejsca przy ogrodzeniu. Zachód zaczął się około 18:00.  To widowisko było już bardziej spektakularne niż poranne. Słońce oświetliło Świętą Górę Aborygenów w całości. I to jest obraz dla którego znaleźliśmy się tutaj po raz trzeci. Poprzednimi razy zarówno w 2013 jak i w zeszłym roku słońce nas zawiodło. Pół godziny później jechaliśmy w długim ogonku samochodów które wszystkie karnie opuszczały park. Tutaj na noc nie można zostać i służby tego mocno pilnują.
W miejscowości Yulara odwiedzamy shopping center a w jednym ze sklepów spotykamy polską parę nieco starszą od nas. Ewa i Krzysztof wyemigrowali z Polski w 1980 roku i mieszkają w Melbourne. Wykupili sobie wycieczkę pięciodniową z przelotem, autokarem, noclegami i wyżywieniem. Chwilkę rozmawiamy i żegnamy się życząc wzajemnie wielu wrażeń. Wracamy na kemping i zmordowani dzisiejszym dniem padamy w naszym Nissanie.

Ulupiotroskietjuta















czwartek, 25 lipca 2019

22,23 lipca w podróży


22 lipca, poniedziałek


Te dwa dni to właściwie cały czas jazda. Do Port Augusta przyjechaliśmy około 11:00 zadając naszej nawigacji dowiezienie nas do sklepu z asortymentem kampingowym. Odbyło się to bezbłędnie i co najważniejsze skutecznie, bo butle do naszej maszynki zostały zakupione. Port Augusta odwiedzamy już po raz czwarty. Raz w 2007 z dzieciakami, w zeszłym roku dwa razy i teraz kolejny. Nie sposób ominąć tego miasta w podróży na północ. To największy węzeł komunikacyjny, drogowo – kolejowy w Australii. Tu krzyżują się tory dwóch największych linii kolejowych Sydney – Perth „Indian – Pacific” ze wschodu na zachód oraz z Adelajdy do Darwin „Ghan” z południa na północ. Odwiedzamy McDonalds’a, w którym zatrzymaliśmy się w zeszłym roku, pijemy kawkę i wpadamy na Stuart Highway, autostradę na północ. Goga przejmuje kierownicę na jakieś 300 km i wtedy mogę sklecić dwa pierwsze wpisy do bloga. Już po zmroku dojeżdżamy do Cooper Pedy. To miasto założone przez poszukiwaczy opali i większość domów mieści się pod ziemią. Wpadamy na chwilę do znanego sobie miejsca aby coś zjeść. To stolik z siedziskiem obok muzeum, które w zeszłym roku zwiedzaliśmy. Wypakowaliśmy wszystko, zagotowaliśmy wodę i w tym momencie pojawił się pan żądając natychmiastowej ewakuacji. Na nic przeprosiny i prośby o kilkanaście minut na dokończenie posiłku. Mało sympatyczny jak na Australijczyka właściciel zmusił nas do przerwania posiłku. Bezskutecznie błąkaliśmy się jeszcze kilkanaście minut po ciemnym miasteczku, po czym zatankowaliśmy auto i ruszyliśmy licząc na jakiś pobliski parking z siedziskami. Trafił się nam taki po 40 km. Po kolacji kolejna przegrana przeze mnie partia kości ( jest już 10:2) i jakieś 35 km dalej znajdujemy parking na nocleg. Budzik nastawiamy na 7:00 bo chcemy jutro dojechać do Uluru na zachód słońca.

23 lipca, wtorek

Ruszyliśmy przed siódmą, bo jak się okazało tutaj jest o pół godziny wcześniej niż w Melbourne. Po godzinie zjedliśmy śniadanko a dalej zjechaliśmy na dziki parking aby zrobić kilka fotek na torach słynnego Ghana. Torowisko wabiło nas przez wiele kilometrów biegnąc równolegle do drogi. Po 13:00 zajechaliśmy do Roadhaus’u Erldunda oddalonego od Cooper Pedy 500 km. To niezły wynik. Tutaj skręca się na zachód do Urulu, świętej góry Aborygenów. 260 km zrobimy spokojnie w trzy godziny, więc mamy spory zapas. Jest spora kolejka do zatankowania ale po 10 minutach mamy pełny bak. Otwieram drzwi po swojej stronie, sięgam do kieszeni w drzwiach i ……… z przerażoną miną stwierdzam brak portfela z kartami. Przeszukuję ponownie, jest tylko latarka i torebka z kośćmi – portfela nie ma. Przeszukuję kieszenie kurtki, plecak, wszystkie inne podejrzane miejsca – nie ma portfela.
Gosia – jest problem, portfel z kartami zniknął – spojrzałem przerażonymi oczyma na Gogę.
- przejedźmy na bok, sprawdzimy jeszcze raz, a póki co zapłać za paliwo gotówką.
Gosia poszła, ja przestawiłem auto. Przez głowę przeleciało mi mnóstwo myśli. Co mogło się stać z portfelem? Co teraz? Co z dalszą podróżą? Co z kartami, czy je blokować?
Zabrałem komputer do baru, połączyłem się z Internetem i pierwsze sprawdziłem czy z konta nie wyciekają jakieś pieniądze. Stan wskazywał, że nie. Poszliśmy z Gosią do baru, gdzie zapytaliśmy pana co zwykle robi osoba która znajdzie portfel w którym nie ma pieniędzy a tylko dokumenty i karty płatnicze przy założeniu, że jest uczciwa? Pan się zadumał, i powiedział, żebyśmy oddali to na policji. Ale to nam zginął portfel, tłumaczyliśmy. Chyba nie bardzo zrozumiał również intencje naszego pytania ale podał stronę internetową gdzie zwykle poszukuje się zaginionych dokumentów.
- Gosia co robimy, ile mamy kasy? Jeśli zablokujemy karty, to te pieniądze to wszystko co mamy.
- przed chwilą zapłaciłam za paliwo, ale przeliczę, poczekaj
Robiło się nerwowo kiedy Gosia liczyła banknoty i monety.
- jest około 500 dolarów
- wystarczy aby pojechać na Uluru i wrócić do Melbourne? – zapytałem
- myślę, że tak - stwierdziła Gosia – ale pomyślmy gdzie przepadł portfel?
- w Cooper Pedy płaciłem kartą za paliwo i po tym jak zwykle wsadziłem portfel do kieszeni w drzwiach auta. Jedyne co przychodzi mi do głowy to nasz wieczorny posiłek na ciemnym parkingu.
- co masz na myśli?
- jak pamiętasz, trzeba było jakoś oświetlić stół i z kieszeni w drzwiach wyciągnąłem latarkę. Ona ma takie gumowane paski aby trzymała się na głowie i te paski mogły zaczepić o portfel a po ciemku nie zauważyłem jak wypadł.
- rany boskie, to stąd ponad 400 km, co robimy?
- no nie wiem, ale jak nie wrócimy i nie sprawdzimy to kicha. Pamiętam, że gdzieś na trasie jest policja, może tam zajedziemy. To co?
- no właśnie?
- wracamy?
- wracamy!
Wskoczyliśmy do auta i już za chwilę na liczniku było 135 km/h. Jako, że licznik auta zawyża prędkość to i tak poruszaliśmy się około 128 km/h a na Terytorium Północnym dozwolona prędkość to właśnie 130. Rozważaliśmy teraz różne opcje.
- jeśli ani dzisiaj, ani jutro nic nie zejdzie z konta to mamy jeszcze twoją kartę kredytową - stwierdziłem
- a jeśli nie?
- to Uluru też mamy gwizdane, bo zabraknie na powrót do Melbourne
Milczenie było nie do zniesienia, więc cały czas głośno rozważaliśmy różne warianty.
Po 75 km przed miejscowością Kulgera jeszcze na terenie Terytorium Północnego zobaczyłem tablicę Police.
- skręcamy – zaordynowałem
Już po chwili nakreślaliśmy naszą sytuację oficerowi dyżurnemu, który z wielką troską wsłuchiwał się w naszą opowieść.  
Spisał moje dane i natychmiast młodszemu koledze zlecił wykonanie kilku telefonów.
Przede wszystkim na policję do Australii Południowej, bo tam prawdopodobnie zgubiłem
portfel. Później na stację do Cooper Pedy gdzie tankowałem, bo nie wykluczałem, że tam
mi wypadł. Na koniec sprawdził na takiej australijskiej stronie Facebook’a ale tam
nic nie było. Ten starszy kiedy dowiedział się, że jedna z kart ma wyłączoną opcję zbliżeniową a pozostałe limit jednorazowego zakupu 50zł czyli około 18 dolarów tu w Australii uspokajał nas, że nikomu nie będzie się chciało zajmować takimi drobnymi zakupami i prędzej wyrzuci te karty a tłumaczenie prawa jazdy, które mamy w dokumentach policji w zupełności przy ewentualnej kontroli wystarczy.
Trochę uspokojeni nie tracąc więcej czasu ruszyliśmy w kierunku nieszczęsnego parkingu aby dojechać tam jeszcze za dnia. Rozdygotany wsadziłem rękę do tej cholernej kieszeni w drzwiach myśląc jaki to durny pomysł wkładać tu portfel, kiedy palcami wyczułem charakterystyczny, znany mi materiał. Złapałem coś w palce i z kompletnym zdumieniem wyjąłem z jakiegoś dodatkowego zakamarka kieszeni przedmiot i machałem nim przed oczami kompletnie zaskoczonej Gosi. W rękach miałem portfel. Natychmiast zjechałem na pobocze i zatrzymałem auto. Całe napięcie, które towarzyszyło mi od dwóch godzin puściło i zakrywając twarz dłońmi chlipałem jak dziecko. Od posterunku policji przejechaliśmy zaledwie 5 km. Wracamy teraz do nich aby odwołać alarm. Robimy sobie zdjęcie, na którym widać jeszcze na mojej twarzy resztki niedawnej troski. Teraz rozpoczynamy wyścig z czasem. Mamy przed sobą 340 km, jest 15:30 i drobne szanse na zobaczenie Urulu w promieniach zachodzącego słońca. To natomiast rozpoczęło teraz wschód tu w samochodzie i z minuty na minutę rozjaśniało moją twarz.

Niestety do parku już nas nie wpuszczono, ponieważ słońce już zaszło i zaraz wszyscy będą wracać. Jedziemy więc do Yullary do sklepu aby zakupić butelkę dobrego, australijskiego wina aby coś opić. Niestety nie udaje się bo bottleshop jest w jakimś barze a tam sprzedają z dowodem zameldowania, którego jeszcze nie mamy. Jedziemy więc na camping, gdzie za 30 dolarów mamy miejsce na nocleg, oczywiście w aucie, ale co najważniejsze prysznic. Tam do reszty spłukuję z siebie dzisiejszy stres i nastawiając budzik na 6:40 aby jutro zdążyć na wschód słońca zasypiam, wcześniej rozmyślając nad łaskawością mojego „anioła stróża”, który mógł przecież pokierować moją ręką w stronę ukrytego portfela dużo później. Zlitował się jednak nad moim losem, a może nie chciał martwić Gosi?

Jednak farciarze Piotroskie
Most nad zatoką w Port Augusta



błogostan na torach Ghana


Dwa uchwyty do torów wyjęte, może Ghan się nie wykolei



przyczyna całej historii w lewej ręce Gosi


środa, 24 lipca 2019

21 lipca - wyjazd z Melbourne


21 lipca, niedziela - wyjazd

5:40 budzik przerwał mój sen, w który dopiero co zapadłem. Walczę jeszcze z jet lagiem i mam problemy z zaśnięciem. Pożegnaliśmy Hankę, której nasza kuracja trochę pomogła, zapakowaliśmy resztę rzeczy i jeszcze po ciemku wyruszyliśmy w naszą podróż. Korzystamy z nawigacji w telefonie. Zakupiłem kartę Telstry i mam na miesiąc 35GB Internetu  do wykorzystania. Nawigacja jak poprzednimi dniami bezbłędnie wyprowadziła nas z Melbourne a że ruch był znikomy stało się to bardzo szybko.
Główne cele są takie: jedziemy do Darwin i stamtąd wracając zwiedzamy Kakadu National Park, którego przez chorobę Gosi nie odwiedziliśmy w 2013 roku. W tamtą stronę lub wracając w zależności od pogody jedziemy do Uluru. Byliśmy tam już dwa razy ale nigdy nie widzieliśmy tej góry w słońcu, może teraz się uda.
Dzisiaj jednak realizujemy pierwszy punkt programu dodatkowego. Zwiedzamy Silo Arts. Dzięki zupełnemu przypadkowi w zeszłym roku natrafiliśmy na pomalowany ogromny silos w miejscowości Cunalppyn. Zajrzeliśmy do internetu i okazało się, że jest ich więcej w innym rejonie. W pięciu miejscowościach na odcinku 190 km. podziwiamy ogromne silosy pokryte graffiti przez różnych znanych i mniej znanych artystów. Przejeżdżamy przez tereny rolnicze a silosy to częsty element tutejszego krajobrazu. Postaci na nich to mieszkający i pracujący tu ludzie. Mimo, że namalowano je w 2016 roku już lekko wypłowiały a na pierwszym, w odróżnieniu od czterech betonowych, blaszanym, tu i tam widać rdzę. Ostatni oglądamy po godzinie 15:00 i stąd po wpisaniu w nawigację Cooper Pedy wyruszamy aby przejechać jak największy dystans za dnia. Celowo nie podajemy nazw miejscowości bo wszelkie szczegóły można znaleźć tutaj - http://siloarttrail.com/home/ Niestety jest zima i około 17:30 zaczyna się robić ciemno. Po 18:00 jemy obiadokolację niestety popijając zimnymi napojami, bo okazało się, że zakupione butle gazowe nie pasują do naszego palnika. A tak liczyłem na gorące spaghetti. Ciekawe czy to ostatnia niespodzianka na tym wyjeździe? Robimy jeszcze około 200 km i około 21:00, jakieś niecałe 800 km od Cooper Pedy kładziemy się w naszych „6 kiblach” na pierwszy w tej trasie nocleg.

zakiblowane Piotroskie

Po drodze zahaczyliśmy o wzgórze, z którego tak pięknie wygląda miasto Ararat








13 - 20.07.2019 Podróż i pierwszy tydzień w Melbourne

17.07.2019 Melbourne
Podróż i sprawy auta w Melbourne


Kolejną podróż rozpoczęliśmy w sobotę 13 lipca o 9:48, ale koleją. Ta, z kilkunastominutowym opóźnieniem, w co potomnym za kilka lat trudno będzie uwierzyć, po ponad ośmiu godzinach dowiozła nas na dworzec Warszawa Centralna. Kuzyn Marcin ugościł nas i odwiózł następnego ranka na lotnisko. Wylot może wielu wydawać się zwyczajną procedurą, ale nie tym razem. Odprawiłem się on line poprzedniego wieczora i gdyby nie drobny błąd przy wyborze miejsc, szybko bylibyśmy w drodze do sklepów wolnocłowych. Jednak chcieliśmy 20 godzin podróży siedzieć koło siebie i przynajmniej skrzyżować sztućce i zagrać w kości. Pani chętnie postanowiła spełnić nasze życzenie ale kiedy zeskanowała mój paszport coś się w systemie zatkało. Po chwili powtórzyła procedurę i ponownie pojawił się komunikat, który tym razem pani postanowiła mi przetłumaczyć.
- niestety, ale Pan nie ma zgody Australii na wylot.
ZDĘBIAŁEM.
- ale w czym problem? Przed oczami przeleciał mi cały wyjazd sprzed półtora roku. Niczego niestosownego tam nie było, poza przewiezieniem dwóch pomidorów z Victorii do Australii Południowej, których chyba nawet nie zjadłem.
- czy Pan leci po raz pierwszy?
- nie, oczywiście, że nie.
- a nie miał Pan jakiegoś mandatu niezapłaconego?
- to wykluczone. Jeździłem wypożyczonym autem i system pobrałby    taki mandat z mojej karty.
- Pani może lecieć – zwróciła się urzędniczka do Gosi - a w pana sprawie zwrócimy się do Australii.
- nie, nie – zgodnie zwróciliśmy się do miłej pani – jak lecimy to razem.
Bilet mieliśmy ubezpieczony, więc nie traciliśmy pieniędzy, martwiliśmy się tylko o Hankę. Jak my to jej wytłumaczymy?
- Proszę przejść do stanowiska na końcu.
Tam inna pani wysłuchała nas cierpliwie, ponownie przeciągnęła mój paszport przez czytnik i kolejny raz nie otrzymałem karty pokładowej. Zacząłem godzić się z moim losem, kiedy kolejna próba, już w asyście kierowniczki i przy jej wielkim zaskoczeniu udała się. Obydwie wtopiły wzrok w ekran komputera i stwierdziły zgodnie, że wszystko OK i przy akompaniamencie ogromnego huku spadającego mi z serca kamienia, wręczyły mi kartę pokładową. 
Tym razem, zupełnym fartem lecimy liniami lotniczymi, uznanymi za najlepsze w 2019 roku. Fart polegał na tym, że od dłuższego czasu nie mogłem znaleźć taniego połączenia do Australii i poprosiłem o pomoc koleżankę Ewę, która prowadzi biuro turystyczne w Szczecinie o pomoc. Następnego dnia miałem ofertę lotu Qatar Arways, z której teraz korzystamy.
Lot trwał około 25 godzin z czego po 5, 5 godzinie „szybowania” do Doha i takim samym oczekiwaniu na lotnisku, 14 godzin lecieliśmy do Melbourne. Na tym etapie nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło, ale zadziwiło nas, że współpasażer obok nie wstał z fotela przez całą podróż ani razu. Wiek pana nam jednak podpowiedział, że  musiał mieć cewnik. Czyli za dziesięć, piętnaście lat też będziemy mogli dalej podróżować, hurra!
Około 18:00 a o 10:00 czasu w Polsce, w poniedziałek 15 lipca szczęśliwie wylądowaliśmy na Tullamarine, międzynarodowym lotnisku Melbourne. Już mieliśmy ustawić się do kolejki po taksówkę, kiedy podszedł do nas młody człowiek i z arabskim akcentem zaproponował przewozową usługę . Ani to uber, ani innej maści przewoźnik ale utargowałem nieco i już za chwilę  mknęliśmy do miejsca naszego zakwaterowania. Po 20:00 witaliśmy się z Hanką w jej nowym domku, do którego przeniosła się kilka miesięcy temu.

Pierwszy dzień minął na walce z jet lagiem, rozmowach Polaków, oraz drobnych naprawach różnych sprzętów domowych. Pieszo odwiedziliśmy pobliskie sklepy, między innymi polski sklep z samymi artykułami znad Wisły. Kiełbasa tu zakupiona ma smak prawdziwej kiełbasy w odróżnieniu od australijskiej.

Dzisiaj 17 lipca odbieramy zarezerwowane jeszcze w Polsce auto. Jedziemy po nie taksówką razem z Hanką aż pod lotnisko, około 40 km. Zaliczkowaliśmy Mitsubishi takiego jakim jeździliśmy w zeszłym roku. Niestety pan powiedział, że tego modelu nie ma i że oni gwarantują tylko auto tej klasy a nie konkretny model. Wskazał nam podobnego rozmiarem Nissana Xtrail. Wiadomo co nas najbardziej interesowało. Rozpoczęliśmy więc od złożenia tylnych siedzeń i tu zdziwienie – rozkładają się tylko do pewnego stopnia i nijak nie można ich położyć. Poprosiliśmy pracownicę aby nam pomogła ale ona też nic nie wskórała i stwierdziła, że w tych nowych modelach nie da się położyć siedzeń. Załamka, co my teraz zrobimy? Jak będziemy spali? Na samą myśl o noclegach na przednich siedzeniach już mnie kręgosłup zaczął boleć. Stałem przy aucie i próbowałem coś wydumać. Nie dowierzałem, że nie da się nic zrobić. Po kilku minutach zauważyłem z boku siedzenia tasiemkę, za którą pociągnąłem i ku naszej radości oparcie opadło na płasko. Taki sam patent był z drugiej strony. Triumfalnie wkroczyliśmy do biura. Poinstruowałem panią jak złożyć siedzenia a ta patrząc na mnie z uznaniem skwitowała to jednym określeniem – „magic”. Sprawa oddania auta okazała się niezwykle prosta. Otóż  kursują stąd bezpłatne busy na lotnisko i będziemy mogli w dniu wylotu 17 sierpnia bezboleśnie przerzucić się z bagażami.
Zwykle tego typu auta nie mają toalet. Nasz ma i to nawet sześć, co widać na tablicy rejestracyjnej.
Kolejne dni przeznaczyliśmy na zakup różnych potrzebnych Hance drobiazgów, jedzenia a przede wszystkim na naklejenie przywiezionej z Polski folii przeciwsłonecznej na wszystkie szyby w salonie. To przyda się szczególnie latem i pozwoli oszczędzić trochę prądu, bo klimatyzacja nie będzie się tak mordować. Niestety z tej kilkugodzinnej pracy nie mamy żadnej dokumentacji a efekt na zdjęciach jest mało widoczny.
Sobotę przeznaczyliśmy na przygotowania do naszego wyjazdu. Myśleliśmy jeszcze o zakupie nowego łóżka i używanej, większej lodówki dla Hanki. Hankę jednak dopadł spory kaszel i zaaplikowawszy jej dawkę leków kazaliśmy jej leżeć. Trudno, zakupy zrobimy po powrocie.
Wieczorem przygotowaliśmy auto do porannego wyjazdu i pełni emocji wcześniej zalegliśmy, bo pobudka przed 6:00.


Nispiotroskiesan

A wystarczyło to pociągnąć!
Hanka z dostawą świeżej lektury z Polski


nowy domek Hanki