środa, 17 stycznia 2018

26 WOŚP w Yarraville


14 stycznia 2018, niedziela

W Polsce Orkiestra wystartowała a tu 22:00 i już po. W Yarraville, kilkanaście kilometrów od centrum Melbourne grała Orkiestra kiedy Polska jeszcze spała.
W Melbourne WOŚP gra drugi raz. Biorąc pod uwagę, że w Wiktorii mieszka największa liczba Polaków około 50 tyś. to kiedy my odwiedziliśmy Yarraville, przyznam tłumów nie było. Tutaj Orkiestra grała od 12:00 do 16:00 a my wyszliśmy około 14:00, może później było lepiej. Były konkursy rodzinne, występy.





Sprzedawano domowe wypieki, kiełbaski z rożna. Podczas jednej z wielu licytacji za sumę 80 dolarów wylicytowano 100 wspaniałych, ręcznie lepionych, pysznych ruskich pierogów. W innej szczęśliwiec zasilił konto Orkiestry sumą 60 dolarów i otrzymał voucher na śniadanie dla dwóch osób w pięciogwiazdkowym hotelu.

Pierwszy raz wrzucaliśmy do puszki inną walutę niż polskie złote ale radość była ta sama. Poznaliśmy fantastyczną dziewczynę o niezwykłym imieniu – Celestyna.

Gosi udało się namówić Cesię na oddanie własnej smyczy za wrzucenie pewnej sumy do puszki.



Trzymamy kciuki aby jej i pozostałych kwestujących puszki pękły od nadmiaru banknotów.


PS.

Wiadomość z ostatniej chwili – zebrano ponad 4 tyś. dolarów.


WOŚPiotroskie

niedziela, 14 stycznia 2018

Australian Open i coś tam jeszcze

Melbourne 12, 13 stycznia 2018 piątek, sobota

Marzenia się spełniają. 
Zawsze chciałem być na jakimś wielkoszlemowym turnieju tenisa i zobaczyć w akcji gracza z początku listy rankingowej. To drugie wydawało się mało realne ale jechaliśmy wczoraj pełni nadziei na zobaczenie jakiegokolwiek spotkania.
To był dzień otwarty od 10:00 do 17:00. Spore rozczarowanie przy wejściu – w depozycie wylądował zarówno aparat jak i kamera, no cóż pozostaje tylko telefon komórkowy. Po wejściu okazało się, że na bocznych kortach rozgrywano mecze kwalifikacyjne.

Na jednym z nich grała swój mecz zwyciężczyni Australia Open z 2013 a dzisiaj niestety 140 w rankingu włoszka Sara Errani.
Usadowiliśmy się na trybunach kolejnego meczu mężczyzn i nagle zaczęło padać. Wszystkie korty opustoszały więc ruszyliśmy w stronę wyjścia a przechodząc koło Margaret Court Arena wcześniej zamknięte drzwi zastaliśmy otwarte. Weszliśmy do środka i stanęliśmy jak wryci. Puste trybuny, kilkadziesiąt osób a na korcie pierwsza rakieta świata Rafa Nadal rozgrywa mecz pokazowy z piątą rakietą Dominikiem Thiemem.

Wcale nie grali na pół gwizdka a kilka wymian było na najwyższym poziomie. Thiem zaserwował parę razy z prędkością w okolicach 220 km/h. Z otwartymi ustami dotrwaliśmy do końca meczu, który w trzecim secie kończył się tie breakiem. Przy remisie 6:6 Nadal skupiony w kompletnej ciszy podchodził do swojego serwisu i wtedy postanowiłem wesprzeć mistrza okrzykiem  - DAJESZ RAFA, DAJESZ !!!.
Okazuje się, że Hiszpan zrozumiał chyba, bo dwa następne punkty wygrał i cały mecz też. Trochę kibiców w międzyczasie doszło i kiedy my wychodziliśmy większość została na miejscach. Z pewnością kolejni wielcy tenisa mieli pokazać się na korcie. Niestety my byliśmy umówieni na spotkanie na które już się trochę spóźnimy. 
Na Federation Square  obok wielu innych firm mieści się siedziba rozgłośni radia SBS. W jej polskojęzycznym oddziale pracuje Marek Smalec i Darek Buchowiecki.
Marek oprowadził nas po studiu a później zaprosił na obiad. Sałatka z kurczakiem Gosi wyglądała nieźle ale ja rozsmakowuje się tutaj w baraninie.

Spędziliśmy kilka godzin prowadząc ożywione dyskusje na wiele interesujących nas wzajemnie tematów. Do Hanki wracaliśmy w strugach deszczu około 19:00.





Następnego dnia ponownie kręciliśmy się po City i odwiedziliśmy ulokowaną w sklepie jubilerskim mała ekspozycję opali australijskich.

Zajrzeliśmy również na Federation Square na polecaną przez Marka wystawę w Muzeum Filmu, gdzie jest oryginalny fortepian z filmu Jane Campion pod tym właśnie tytułem z Holly Hunter i Harveyem Keitelem w rolach głównych.



W mieście jest sporo kwiatów co nie jest niczym szczególnym latem ale dziwi mnie to lato w styczniu.


zadziwione Piotroskie

Sprawy ważne

Melbourne - 10,11 stycznia 2018 środa, czwartek 

W te dwa dni przede wszystkim załatwialiśmy sprawy wypożyczenia auta i  kupienia biletu na prom do Tasmanii. Okazało się, że do ubezpieczenia poproszono aby dostarczyć tłumaczenie prawa jazdy. Trochę się zdziwiliśmy. Już wielokrotnie wypożyczaliśmy auto i nigdy nie trzeba było tłumaczyć żadnych dokumentów. Prawo jazdy jest OK do jazdy ale do ubezpieczenia nie. Wytłumaczono nam, że jest to związane ze wzrostem wypadków powodowanych przez kierowców z krajów gdzie ruch jest prawostronny. Baliśmy się, że opóźni to cały proces ale bez problemu wszystko dało się załatwić internetowo. Auto jest zarezerwowane i w poniedziałek otrzymane pocztą tłumaczenie wręczymy opłacając wypożyczenie Mitsubishi ASX na cały miesiąc. Wiedząc jakie auto wypożyczymy udaliśmy się do portu aby zakupić bilet na prom.
Miła pani spełniając nasze sugestie o jak najniższej cenie znalazła połączenie w ciągu dnia 18 stycznia w piątek z powrotem 26 stycznia za sumę niższą niż podana przy wczorajszej wizycie. Mamy tylko w poniedziałek zadzwonić i podać numer rejestracyjny samochodu.

Wróciliśmy do domu i zdaliśmy relację Hance aby już po zmroku znaleźć się z powrotem w City. Z kortów tenisowych przy Melbourne Park wychodzili już ostatni widzowie i tylko takie zdjęcie udało się zrobić zza ogrodzenia.
Pokręciliśmy się trochę po mieście, gdzie trafiliśmy na gościa z ogromnych zestawem perkusyjnym złożonym z puszek, pudełek bidonów i wielu przedmiotów, które tylko wydawały jakiś dźwięk. Jk zabrakło to wykorzystywał pobliskie kubły i płotki oraz chodnik.

przeszliśmy przez dzielnice chińską
i zmordowani po 23:00 cichutko aby nie obudzić Hanki weszliśmy do domu.


przePiotroskietłumaczone

piątek, 12 stycznia 2018

Startujemy

7-9 stycznia 2018 w podróży, pierwszy raz w Melbourne

Minęło kilka dni i trochę od wyjazdu się wydarzyło, chociaż podróżowanie jeszcze przed nami.

Niedzielne śniadanie z Mateuszem, bacon & eggs było małym preludium przed zmianą na ponad miesiąc kraju. O 10:00 machaliśmy Matikowi z okien autobusu, który spod Dworca Głównego wyruszał w trasę na lotnisko Tegel.

Na miejscu prawie pięć godzin do odlotu spędziliśmy najpierw przy kawie grając w kości a później z wieży widokowej przyglądaliśmy się startującym i lądującym samolotom. O 16:45 wystartowaliśmy do Frankfurtu, skąd po godzinie airbusem A 330-200 Air China wyruszyliśmy w ponad dziesięciogodzinny lot do Szanghaju. Nie zaskoczył mnie standard, który daleki był od qatarskich linii, którymi lataliśmy ostatnio. Samolot stary, awaryjnie działające ekrany, jedzenie dość monotonne a przede wszystkim nie serwowano drinków.


W Szanghaju z sześciu godzin oczekiwania pierwszą wydostawaliśmy się poprzez kolejne kontrole do terminalu. Myśleliśmy o jakimś spacerze po mieście ale do centrum była godzina drogi metrem. Wiele osób chodziło w maskach co nas trochę zdziwiło, ale jak wystawiliśmy głowy za drzwi okazało się, że widoczność była jedynie do 200 metrów.
Nie dowiedzieliśmy się czy to smog czy fog ale ten brak wizji definitywnie nas zniechęcił. Druga część podróży do Melbourne, dłuższa o jakieś 20 minut rozpoczęła się i trwała aż do środkowej Australii w ciemnościach. Czerwony kontynent objawił się nam w promieniach wschodu słońca, który na wysokości ponad 11 km jest zjawiskowy.
Punktualnie o 9:00 czasu miejscowego we wtorek (23:00 czasu polskiego, poniedziałek) dotknęliśmy kołami płyty Tullamarine, międzynarodowego lotniska w Melbourne. Pierwszy raz przeżyliśmy tak energiczne hamowanie jakie zaserwował nam pilot. Gdyby nie pas wypadłbym z fotela. Później sprawdziłem na nagraniu, że trwało to zaledwie 20 sekund, po których nastąpiła prędkość kołowania. Śmialiśmy się, że pilot się spieszył i nie chciał minąć pierwszego zjazdu z pasa aby jak najszybciej dotrzeć do rękawa. Chyba też z tego skorzystaliśmy, bo po wizycie w sklepie wolnocłowym, odprawie i odbiorze bagażu oraz 15 minutowemu oczekiwaniu na taksówkę już o 10:45 byliśmy u Hanki na Riversdale Rd.
Rozpakowywanie pominąłbym ale……. . Walizka była owinięta folią i w nienaruszonym stanie zarówno na zewnątrz jak i w środku. Drugi był wór żołnierski z moimi rzeczami. Szyfrowa kłódka otworzyła się bez zarzutu i rozpocząłem wypakowywanie. Po chwili w moich rękach znalazł się dokument z którego wynikało, że przeprowadzono kontrolę zawartości i za tę czynność serdecznie przepraszają i tam coś jeszcze. Wkurzyłem się niemiłosiernie bo te przeszukanie zrobili jeszcze na Tegel, gdzie po odprawie spokojnie czekaliśmy na wylot. A nie wypadało poprosić podróżnego do pokoju przeszukań i dokonać czynności w jego obecności? Rozumiem, że tuba PCV w której przewoziłem wędkę wyglądała jak kawałek rakiety lub pancerfausta ale ta aparatura do prześwietlania nie wykazała, że jest tam wędka kilka długopisów, gacie i skarpety?  A gdyby zamknięcie było solidniejsze, to co? Przecięliby kłódkę lub rozdarli materiał?  Wzburzyło mną to i jeszcze godzinę pomstowałem na Niemców jak swego czasu wysadzony z samolotu z krzesełkiem Jan Maria.
Cztery godziny później tramwajem jechaliśmy do City. Zamierzaliśmy dowiedzieć się jak najwięcej w sprawie planów ale o tych dopiero w kolejnych wpisach miejmy nadzieje przy ich realizacji. Pierwsze kroki natomiast skierowaliśmy do znanego z poprzednich pobytów baru, gdzie serwują przepyszne kebaby z baraniny - palce lizać.


zbaraniałe Piotroskie

poniedziałek, 17 lipca 2017

Podsumowanie

Trudno ocenić tę podróż z prostego powodu - była za krótka. Czas ograniczył również obszar Szwecji, który odwiedziliśmy. Jazdę na północ odrzuciliśmy i z tego powodu ale również oceniliśmy, że nie jest on zbyt atrakcyjny a dodatkowo mocno wzrosłyby koszty z braku LPG w tych rejonach. W ogóle stacje (miejsca) występują tu rzadko i są jak już pisałem ukryte. Korzystaliśmy z tej strony  https://www.mylpg.eu/stations/sweden/list i wpisywaliśmy do nawigacji kod rejonu i ulicę z numerem. To bardzo ułatwiało nam dotarcie do celu. Nie wyobrażam sobie tak sprawnego poszukiwania tych miejsc za pomocą mapy. 
Nie wiem na jakiej podstawie można sądzić, że Szwecja jest tańsza od Norwegii? Tu jest równie drogo o czym wspominałem w relacjach i teraz kanapka na promie w cenie 7zł wydaje się tania. Ceny wejść do wielu atrakcji często zniechęcały nas kiedy ocenialiśmy, że treści dotyczą historii tych regionów a ekspozycje oparte są na kopiach eksponatów lub zdjęciach. Szwecja ustrzegła się przed skutkami II Wojny Światowej, co najlepiej obrazuje nietknięta architektura wielu miast a najbardziej Sztokholmu.  Co dostrzegliśmy od razu to brak zwierząt, zarówno dzikich jak i tych udomowionych wałęsających się wolno. Wszystkie psy to zwykle rasowce wzorowo prowadzone przez swoich właścicieli na smyczy.
Raz widzieliśmy na poboczu stado saren i dwa razy lisa. Trzeba przyznać, że czyni to jazdę autem dość bezpieczną ale jak na  przejechany dystans to fauny niewiele.
Jak jesteśmy przy jeździe to kilka spostrzeżeń:
- większość dróg ma jeden pas ruchu, co kilka kilometrów poszerzany do dwóch
- prędkość maksymalna 110 km/h
- Szwedzi jeżdżą zgodnie z przepisami i bardzo bezpiecznie. Każdy choć trochę nieodpowiedzialny manewr np. wyprzedzanie w polskim stylu kwitują mruganiem światłami.
- na drogach widać wiele aut tzw. amerykańskich krążowników z lat 60-tych.
Przypuszczalnie za sprawą 1,5 mln emigracji szwedzkiej do tego kraju na przełomie XIX i  XX w. wielu Szwedów wracając do kraju zabierało ze sobą ukochane cztery kółka. Dzisiaj traktują je jako hobby,  dopieszczają  bo wszystkie są w super stanie. Są to jednak tylko nasze domysły ale samochody są jak najbardziej realne.
- nie widać na drogach wielu obcych rejestracji. Podczas całej podróży spotkaliśmy tylko kilku turystów. Przeważnie to Niemcy i Norwegowie.
Sztokholm jest tu wyjątkiem ale tam obcokrajowcy przylatują samolotami.
- mało jest tablic kierunkowych prowadzących do atrakcji turystycznych
- autostrady są darmowe, czy wjazdy do większych miast to się przekonamy za jakiś czas jeśli przyjdą rachunki do zapłacenia.
- parkingi są drogie szczególnie w centrum miast
Oceniliśmy mijany krajobraz jako podobny do mazurskiego. Mimo różnorodności polnych kwiatów na poboczach wszędzie drzewa, jeziora, drzewa, jeziora i tak w kółko. Ogólnie temperatura wody nie zachęca do kąpieli ale mniejsze jeziora są dość ciepłe.
Sezon letni twa 1,5 miesiąca do połowy sierpnia. W tym czasie temperatura oscyluje w okolicach 20 st.C spadając do 12-15 nocą.
Wodę, chyba, że jest tabliczka ostrzegawcza można pić z kranu i jest smaczna. Oszczędzając więc nie mniej niż 10 koron na butelce 1,5 l z takiej właśnie korzystaliśmy.
Zauważyliśmy, że każdy sklep, czy to Lidl, Coop, Ica czy nawet Ikea ma swojego dyżurującego żebrzącego. On lub jest w pracy lub leży jego legowisko przed drzwiami wejściowymi.
Pierwszy raz widzieliśmy wino australijskie Jacobs Creek z  zawartością alkoholu, która mogłaby powalić z nóg ale chyba muchę – 0,5%.
Zdumiały nas jeszcze dwie rzeczy
– automat do drobnych przy kasach, do którego wystarczy wrzucić garść moniaków a on sam nie tylko przeliczy ale weźmie tyle ile potrzebuje a resztę wyda zamieniając odpowiednią ilość na banknoty
- toaleta otwierana na SMS. Zastanawiamy się tylko co, gdy zwrotnie przyjdzie taka treść – dziękujemy za SMS, kod do otwarcia drzwi wyślemy w ciągu 24 godzin (zapożyczone od zięcika Tomka).
Szwecja a szczególnie jej północne rejony z uwagi na bardzo długi dzień dają możliwość swobodnego zwiedzania i korzystania z atrakcji. Można wędkować nawet do północy. Jeśli się zaśpi nie ma problemu, od 11:00 lub 12:00 ma się jeszcze 12 godzin na zwiedzanie.
Przy drogach, w parkach jest wiele miejsc z ławeczkami, które my wykorzystywaliśmy do posiłków i rozgrywania partyjek kości. Wynik końcowy 30:21. To mój pierwszy triumf od wielu wyjazdów.


Teraz ranking naj:

NAJGORSZE
- ceny w sklepach, paliw, parkingów, wstępów
- dostępność LPG
- stare miasto w Kalmarze
- wietrzysko na zachodnim wybrzeżu
- bezrybne rzeki
- przegrana w kości Gosi


NAJLEPSZE
- Muzeum statku Vasa
- wyspa Olandia
- Sztokholm
- rybne jeziora
- Doda Fallet
- Trollhattan ze śluzami
- widok ze wzgórza Skuleberget w rezerwacie Skule – Wysokie Wybrzeże
- kopalnia w Fallun
- architektura drewnianych, czerwonych domków
- bardzo długie dni
- Honda


- wygrana w kości Szymona

Czy to z powodu okresu urlopowego Szwecja jest wyludniona - nie wiemy. Szwedzi byli dla nas w tej podróży jakby nieobecni. Nie są tacy przyjacielscy jak Słowianie, czy gorący jak Włosi. Wszyscy znają angielski i chętnie odpowiadają na pytania, wyrazów sympatii jednak od nich się nie można spodziewać. Szwecja z pewnością ma jeszcze więcej do zaoferowania ale na tyle ile mogliśmy wykorzystaliśmy czas na jej poznanie. Nasze oceny z pewnością są subiektywne ale ogólnie Szwecja nie wytrzymuje konkurencji z sąsiadem – Norwegią. Polecamy ją jednak, bo przyglądając się rankingowi pominąć jej nie wolno.
Przejechaliśmy 4250 km + prom Świnoujście – Ystad  i Ystad – Świnoujście.



SKANDYpiotroNAWskie

Morrum, wracamy

16 lipca, niedziela

Tak cichutko i ciemno było na parkingu, że cały misterny plan z wcześniejszym wstaniem poszedł w ……  .
50 km dalej w miejscowości Morrum na rzece Morrumsan postanowiłem trochę powędkować a właściwie pokłusować. Tutaj licencja jest potrzebna niestety. Znaleźliśmy odludny i cichy zakątek. Każdy wziął swój sprzęt i rozpoczęliśmy łowy. Wędkarsko teren super. Szybka, natleniona woda, kilka głęboczek, kamienie, tylko brakuje tego najważniejszego - ryb. Ani jednego wyjścia, chyba nie sezon na łososia a pada tu rocznie ponad 1000 sztuk a największe mają około 15 kg. Gosia znowu okazała się lepsza o kilka fotek.




Czas mija nieubłaganie. Do Ystad jeszcze 140 km, jest 10:00 a tu jeździ się dość wolno. Prom do Świnoujścia mamy o 13:45 a półtorej godziny przed powinniśmy zameldować się na terminalu. W tym rejonie odbieramy już polskie radio i  na polskiej Jedynce dowiadujemy się o zwycięstwie naszego tenisisty Łukasza Kubota w deblu na turnieju w Londynie. Z taką wspaniałą wiadomością wracamy do kraju i do polskich realiów.

Mamy sześć godzin, więc skrobiemy zaległe posty a Gosia wygrała już dwie partie w kości i namawia na kolejną licząc na poprawienie niekorzystnego bilansu wyjazdowego, w którym prowadzę 29:21.


koniecszwedzkiepiotroskie