środa, 29 października 2025

29 października, środa - Chitchen Iza, cenota IK KIK, podróż do Meridy

Dzień zaczął się od przepięknego wschodu słońca z tarasu widokowego naszego hotelu.

Dzisiaj zwiedzamy majańskie miasto Chitchen Itza, żelazny punkt programu każdego turysty na Jukatanie. Stąd też ogromna ilość ludzi różnych nacji i każda grupa obowiązkowo musi mieć lokalnego przewodnika. Do głównego placu z olbrzymią piramidą schodkową dochodzimy wzdłuż szpaleru stoisk z pamiątkami i kuszących do zakupu gadżetów sklepikarzy, posługujących się zabawnymi frazami w naszym  ojczystym  języku, w stylu: taniej niż w Biedronce, ***** PiS, Lewandowski, Jan Paweł II itp. W ofercie kapelusze, T-shirty, maski, czaszki, instrumenty imitujące odgłosy dżungli, jadeity i obsydiany  - kamienie bliskie sercu Majów. Skusiliśmy się na zakup obsydianowego krążka – świetnego do obserwacji Słońca.

Piramida schodkowa jeszcze kiedyś była dostępna dla zwiedzających ale po wypadkach  śmiertelnych, czyli staczających się ciałach jak w Apocalypto można ją podziwiać jedynie z dystansu.

Ważnym miejscem każdego miasta prekolumbijskiego było boisko do gry w pelotę. Gra polega na odbijaniu dość ciężkiej piłki kauczukowej biodrem, kolanem, łokciem.  W drużynach było po dwóch graczy. Wygrywali ci, którym udało się przerzucić piłkę przez kamienną obręcz przeciwnika. Zdarzało się, że po zakończeniu meczu wszystkich zawodników składano w ofierze, zarówno wygranych, jak i przegranych. Inne źródła podają, że tylko wygrani byli składani w ofierze.

Mieliśmy okazję przetestować właściwości takiej piłki, bo były sprzedawane przez lokalsów. Jej sprężystość jest niezwykła i po takim doświadczeniu skłonni byliśmy uwierzyć, że udawało się ją przerzucić przez wysoko usytuowane obręcze. Zdarzało się to jednak bardzo rzadko.

Miasto, patrząc po pozostałościach było bardzo rozległe a w  apogeum rozwoju zamieszkiwało je ponoć 90000 mieszkańców. Oczywiście obecność cenoty jest nieodzowna.

Z gorącego Chichen Itza jedziemy na orzeźwiającą kąpiel do otwartej cenoty IK KIK. We wszystkich cenotach kąpiel możliwa jest jedynie w kapoku i po zmyciu z siebie kremów – czyli prysznic obowiązkowy. Ta cenota, to autentyczna, kilkunastometrowa dziura w ziemi, bardzo głęboka. Pod nami niewidoczni jej mieszkańcy – ryby, algi, krewetki, ślimaki, wije, i ich szczątki,  z kośćmi ludzkimi na czele.

Z żalem ją opuszczamy ale przed nami długa droga busem do Meridy z przesunięciem czasu do przodu o 1 h. Po zakwaterowaniu krótki, wieczorny wypad do nieodległego centrum z oczywistym Plaza de Armas. Po drodze zaliczamy sklepiki z pamiątkami i tu jest nasz pierwszy kontakt ze słynnymi alebrijes.

 



















 

wtorek, 28 października 2025

28 października, wtorek - Tulum

Jedynym źródłem słodkiej wody na Jukatanie są płynące pod ziemią cieki, łączące ze sobą większe zbiorniki, tzw. cenoty. Cenot jest ok. 1600 na całym półwyspie i wyłącznie dzięki ich istnieniu możliwy był rozkwit tutaj cywilizacji majańskiej. Są 3 rodzaje cenot: otwarta, kiedy kopuła nad zbiornikiem się zapadnie, półotwarta, kiedy nad zbiornikiem jest niewielki otwór, oraz zamknięta, do której się wchodzi długim korytarzem. Dzisiaj odwiedzamy Gran Cenote, charakterystyczną, z uwagi na występujące tam żółwie mięsożerne. Na wszelki wypadek nie wchodzimy im w drogę. Woda w cenotach jest krystalicznie czysta i zawsze w niezmiennej temperaturze, pomiędzy 24-26 st. C przez cały rok. Kąpiel jest orzeźwiająca, biorąc pod uwagę, że temperatura na zewn. jest o 10 stopni wyższa. Wszystkie cenoty charakteryzują się wiszącymi girlandami korzeni drzew, które w ten sposób czerpią wodę do wegetacji.

Niestety Majowie narobili sobie sami kłopotu, wrzucając do zbiorników wodnych ofiary z ludzi. Jest duże prawdopodobieństwo, że zatrucie wód szczątkami było poważnym powodem upadku cywilizacji prekolumbijskiej.

Padła propozycja odwiedzenia poza programem 2 cenot w pobliżu. Po podsumowaniu kosztów za transport busem i wejścia do cenot, ok 500 zł dla naszej dwójki, wydały nam się one zbyt wygórowane i zrezygnowaliśmy.

Zagospodarowaliśmy sobie ten czas odwiedzeniem na obrzeżach Tulum Muzeum SFER-IK. Skorzystaliśmy z taxi, która zawiozła nas do części tego muzeum, z obiektami znajdującymi się w lesie. Do prawdziwego muzeum, stąd było ponad 2 km. Ruszyliśmy więc pieszo a po ok. półtora km natknęliśmy się na osiedle apartamentowców w budowie o niesamowicie futurystycznych kształtach. Łuki tych budowli wyglądały jak kręgosłupy potężnych dinozaurów. Drzwi wejściowe były olbrzymim kołem, które na osi obracając się pozwalały wejść do środka budynku. Wnętrze okazało się recepcją biura architektonicznego realizującego koncepcję argentyńskiego architekta Ernesto Neto (pseudonim Roth). Szczegółów dowiedzieliśmy się od sympatycznej recepcjonistki, Any. Powiedziała nam również, że jeden z apartamentów kupili Polacy. Najtańszy , ok. 100-metrowy kosztuje w granicach 600 000 dolarów. Założeniem pomysłu jest konstruowanie architektury w stylu biomorficznym, w symbiozie z naturą i wykorzystując pomysły, podpatrzone w przyrodzie, bez kątów ostrych. Trochę przypomina to architekturę Gaudiego. Do wymyślonych rozwiązań stosuje się 2 rodzaje materiałów – ferrocementu, wyszlifowanego do granic możliwości i cienkich gałęzi BEJUCO, plastycznych jak liany, mających dać efekt dekoracyjny i złamać białe, minimalistyczne przestrzenie. Kilometr dalej docieramy do docelowego Muzeum, Sfer-Ik, z podobnymi założeniami architektonicznymi. Zwiedzamy je bez butów – jest to obowiązek. Na parterze przechodzimy przez kilka pomieszczeń, po czym po bejucowych schodach i mostku docieramy do drzwi restauracji, niestety jeszcze zamkniętej. Na zewnątrz, widać za oknami gałęzie drzew, bo całość wbudowana jest w selwę (meksykańską dżunglę). Spędzamy tu około godziny, jak się okazuje, bilet z tego muzeum jest również biletem wstępu do tej części pod chmurką, do której zawiózł nas taksówkarz. Stojący obok hotel i inne obiekty tworzą tzw. Azulik City i nie do wszystkich można wejść. Przed nami 2,5 km powrotu w temperaturze oscylującej wokół 30 stopni C, na szczęście, słońce było za chmurami. Zwiedzamy Garden Sfer-Ik, gdzie wzdłuż alejek wystepują przykłady rozwiązań jakie będą, czy już są zastosowane w budowanych hotelach i apartamentowcach. Czyli mieliśmy  obiekty gospodarcze, łazienki w środku lasu, siatki jak batuty rozwieszone między drzewami, gdzie można było oddać się kontemplacji natury, zonę relaksacyjną, gdzie w swoistym SPA mogliśmy pomoczyć zmęczone stopy ale na krótko, bo towarzystwo kąśliwych insektów było nie do zniesienia.

Po powrocie taksówką do miasta zaliczyliśmy pizzę na cieście z mąki kukurydzianej, które to ciasto okazało się bardziej syte niż w tradycyjnej pizzy.

 











 

poniedziałek, 27 października 2025

26,27 pażdziernika, nedziela, poniedziałek - podróż i zwiedzanie Tulum

3 maja 2025 roku, Turkusowa Polana, Gosia przy swoim komputerze, ja przy swoim. Wchodzę na FB i z miejsca pojawia mi się alert ze strony Biura Podróży „ Pakuj plecak” – Wyprawa do Meksyku. Zaglądam w szczegóły i widzę, że tę konkretną grupę ma prowadzić Maciek Taraniuk, którym tak zachwycaliśmy się podczas wyprawy do Peru.

- Gosia, jest wycieczka do wykupienia

- A dokąd?

- Meksyk, czyli kraj hiszpańskojęzyczny, grupę prowadzi Maciek, a termin obejmuje 1 listopada, czyli słynne Dia de Muertos.

Długo się nie zastanawialiśmy, już 7 maja wycieczka była opłacona, a 10-go, bilety lotnicze.

 

26 – 27 października 2025r.

 

Jedziemy Pendolino do Warszawy, wspólnie z Matikiem, który w Poznaniu gra mecz ligowy w snookera. W Warszawie spotykamy się z całą grupą na lotnisku Chopina.                      Przed 17 wylatujemy do Amsterdamu, skąd po 22:00 startujemy do 11,5 h lotu do Mexico City. Stamtąd po 3h wylatujemy do Cancun, gdzie kończymy naszą samolotową podróż o 9:30 czasu lokalnego 27 października. Stąd 3h busem do Tulum, miejsca naszego zakwaterowania. Tulum leży na wschodzie Jukatanu, nad Morzem Karaibskim. Chociaż bliżej do południa udało nam się jeszcze zjeść śniadanie w hotelu i pomimo zmęczenia podróżą postanowiliśmy coś zwiedzić. W odróżnieniu do innych, którzy udali się w to samo miejsce ale pieszo, my wybraliśmy taksówkę za 150 $ (pesos meks/ ~30 zł). Oszczędziliśmy, i czas, i nasze ciała od przegrzania. Temperatura sięgała 35 st. C. a do zony archeologicznej ZAMA (majańskie miasto świtu) było ok. 4 km. Bilety do strefy zwiedzania kosztowały 415$/ osobę za wejście do parku + 100$/ os wejście do samej zony. Pomimo panującego niemiłosiernego upału nie pozwalano zabierać ze sobą butelek z wodą. Dopuszczano jedynie metalowe termosy. Każdemu sprawdzano plecaki przy wejściu. Widocznie w przeszłości turyści zaśmiecali ten teren butelkami i znaleziono na to tak drastyczne rozwiązanie. Ci, którzy nie posiadali żadnego picia byli narażeni na udar. Wewnątrz nie można było ugasić pragnienia niczym a miejsc ocienionych było  niewiele. Później, już poza samą zoną archeologiczną byliśmy świadkami zasłabnięcia kobiety i interwencji pogotowia. Przypuszczamy że to z powodu upału.  Ruiny, które zwiedzaliśmy, to pozostałość po dawnym mieście majańskim, pełniącym funkcję portu, i rzeczywiście odległość od morza niektórych budowli, to najwyżej kilkadziesiąt metrów. Niewątpliwą atrakcją były sporej wielkości jaszczurki – iguany czarne, których było tutaj dosyć dużo. Stąd wyszliśmy wprost na przystanek busa, który zawiózł nas do jednej z kilku plaż nad M. Karaibskim. Wysiedliśmy na Playa Maya i pierwsze kroki skierowaliśmy do baru pod palmową wiatą, żeby ugasić pragnienie. W trakcie, tradycyjnie rozpoczęliśmy grę w kości, dosiadła się do nas para młodych Amerykanów z Hawajów i chętnie dołączyli do gry. I jak to bywa najczęściej nowicjusze „złoili nam tyłki”. W międzyczasie rozpętała się burza z obfitym deszczem i zatrzymała nas w barze na dłużej. Do pary Amerykanów dosiedli się ich znajomi, na jeszcze większym rauszu i doprawdy nie wiem jak oparłem się ich namowom na wspólnego drinka. Temperatura nieco opadła, co okazało się później, jak poszliśmy się kąpać – woda w morzu była cieplejsza od temperatury powietrza. Wracamy do hotelu taksówką a wieczorową porą z towarzystwem idziemy do miasta na kolację, żeby podegustować lokalnej kuchni – seviche, guacamole, tacosy z salsą. Na zamówienie czekało się uno momento, co jak Maciek już wcześniej nas uprzedzał, że przy tak rzuconym przez kelnera tekście będzie oznaczało czas oczekiwania do min. 1,5h. I słowo ciałem się stało.

 











 

sobota, 2 sierpnia 2025

2 sierpnia, sobota – Powrót, Chartres

Pokonując kilometry do domu, stwierdziliśmy, że tak dobrze nam idzie, że możemy coś jeszcze zobaczyć. Wybór padł na Chartres, niedaleko od A10, którą podążaliśmy w stronę Paryża. Chartres pamiętam, o zgrozo, jeszcze sprzed 40 lat, kiedy zawiózł mnie tam nasz przyjaciel Wojtek, dla Szymona jest to poznawczy debiut. Oczywiście postaraliśmy się podjechać jak najbliżej głównej atrakcji i zaparkowaliśmy w strefie jeszcze Starego Miasta, u podnóża Katedry, w sąsiedztwie rzeki Eure. Szymon w ogóle celuje w odważnej jeździe wąskimi uliczkami, trudnymi zawijasami średniowiecznych rozwiązań urbanistycznych. Ja, zamieram ze strachu, a on prze do przodu. Wychodzi z założenia, żeby podjeżdżać jak najbliżej punktu docelowego, a później dopiero się oddalać w poszukiwaniu miejsca parkingowego – koncepcja sprawdzała się niejednokrotnie. Naszym celem jest oczywiście Katedra, do której wspinamy się po wielu schodach, kręcąc młynki wokół budynków. W końcu widać wieżę, przypory, wchodzimy do środka od strony jednego z ramion transeptu. Wewnątrz trwają prace konserwatorskie i renowacyjne ale większość kamiennej konstrukcji już świeci świeżym blaskiem. No i witraże. To również z ich powodu mówi się, że Katedra w Chartres jest jednym z największych gotyckich klejnotów na świecie (wpisana na listę UNESCO). Są niezwykłe kolorystycznie i w ilości przeogromnej. Nie dało się policzyć ale źródła mówią o 170. Pięknie zachowane, dominuje w nich kobaltowy błękit, który został wymyślony właśnie przez tutejszych rzemieślników, tzw. „błękit z Chartres”. Rozety, pionowe witrażowe panele ciągnące się po obu stronach, cudowny kolorystyczny kalejdoskop emanujący intensywnym światłem, pomimo braku słońca na zewnątrz. Wspaniale jest przyglądać się detalom przez lornetkę.

A ogrodzenie chóru? Niezwykła kompozycja rzeźbiarska o dł. 100 m i wys. 6m. Praca nad nim trwała 15 lat i uzupełniająco kolejne 200 lat, a efekt z jakim możemy obcować zapiera dech w piersiach. Nie ma miejsca, które nie robiłoby piorunującego wrażenia , ołtarz, las kolumn i gotyckie ożebrowania spięte kolorowymi kwiatowymi zwornikami, rzeźbione w cudownie kunsztowny sposób wszystkie dookoła portale i akustyka, o której mogliśmy się przekonać w związku  z próbą zespołu kameralnego śpiewającego psalmy. Parę osób na krzyż a efekt brzmieniowy niezwykły. Wysłuchać tu pełnoskalowego koncertu, to musi być gratka.

Z żalem, ale jednak trzeba było rozstać się z tym cudem architektonicznym i ruszyć do przodu. Nie jest to jednak łatwe. Kilka kilometrów dalej, z innej dzielnicy położonej na wzgórzu ukazała nam się ponownie w pełnej krasie w panoramicznym ujęciu. Zanim jednak Szymon skierował obiektyw aparatu w stronę Katedry pstryknął zdjęcie wtyka amerykańskiego na szyszce. Jest to gatunek inwazyjny, żerujący właśnie na drzewach iglastych, który w Europie rozprzestrzenił się na początki XXI w. Czyżby odpowiednik stonki ziemniaczanej zrzuconej przez kapitalistyczne USA, żeby zrujnować gospodarkę PRL  w latach 50-tych? Na koniec trafiliśmy do dzielnicy mieszkalnej słynnej z iluzjonistycznych murali – zdjęcia mówią same za siebie. Też byśmy chcieli tak mieszkać. Była jeszcze jedna atrakcja - Dom Picassiette. To prywatna posesja pokryta mozaiką porcelanową ze zbitych filiżanek i talerzy, które autor, Raymond Picassiette wyszukiwał na wysypiskach śmieci. Dom powstawał, może nie aż tyle co katedra, ale od końca lat 30-tych do 60-tych XX w. z przerwą w okresie II WŚ. Może odwiedzimy to miejsce następnym razem. Czasu trochę brakowało a cena pojedynczego biletu 12 zniechęciła nas do wejścia. Ruszamy więc w stronę autostrady. Przed nami jeszcze półtora dnia podróży do Szczecina – wszystko idzie zgodnie z planem.

 

klimatyczna zabudowa nad rzeką Eure

 słynny niebieski kolor dominuje

ołtarz

40 wypełnionych scenami religijnymi nisz, okalających chór

każdy witraż miał swoich fundatorów, których wizerunki są  uwzględniane w dolnych partiach

 historia witraży sięga XII i XIII w. - aż trudno uwierzyć, że oparły się wszystkim zawirowaniom dziejowym

najlepszy sposób na oglądanie witraży

pełny widok zaburza jedynie rusztowanie z prawej, ale akceptujemy, w imię wyższych celów

widok z placu przed katedrą

prawa wieża, starsza, w stylu romańskim z elementami gotyckimi; lewa - to gotyk płomienisty
 
portale strony południowej

Portal południowy - tympanon

wtyk amerykański

z odległej perspektywy

bloki mieszkalne w artystycznej formie

każdy jest kunsztowny

temat jakby zaczerpnięty z Bruegela "Kraina pieczonych gołąbków"

a garaże to zwierzęcy raj - kurniki i obora

tutaj to dopiero się dzieje