Jak
niewiele trzeba aby zachwiać pieczołowicie dopiętymi planami?
Można
powiedzieć opóźniona o 40 lat nasza podróż poślubna w miejsce
wymarzone przez Gosię - Peru, o którym rozczytywała się za młodu,
gdzie posługują się językiem hiszpańskim, który to język nawet
postanowiła studiować. Szczęśliwie stało się inaczej i mogliśmy
się spotkać na wydziale Turystyki i Rekreacji poznańskiego AWF. A
było to …… wiele lat temu.
Ale do rzeczy. Padło hasło Pakuj Plecak i to dosłownie. Chociaż
to nazwa biura, z którego propozycji skorzystaliśmy to plecaki
oczywiście spakowaliśmy, a jakże. Czytając program 19 dniowego
wyjazdu trochę się obawialiśmy o naszą kondycję. Wszelkie
wątpliwości rozwiał jednak w kilku telefonicznych rozmowach
Jasiek, organizator całej eskapady. Dwa tygodnie przed wyjazdem
zamówiliśmy usługę Berbus w firmie przewozowej FollowMe. Trochę
drożej, ale zabierają spod domu i dowożą na lotnisko w Berlinie.
Rozpoczęliśmy
przygotowania do wyjazdu realizując sporą listę zamieszczoną na
stronie Pakuj Plecak. W przeddzień wyjazdu 9 maja otrzymaliśmy SMS
z godziną wyjazdu na lotnisko. Natychmiast interweniowałem,
ponieważ 6:00 nie gwarantowała, że dojedziemy na czas a samolot
mieliśmy o godzinie 9:05. Pierwszy autokar wyjeżdżający o 5:00
dojeżdżał do lotniska w Berlinie o 7:20, więc z tego powodu
zamówiliśmy Berbusa. Godzinę później skorygowano nam godzinę
odjazdu na 4:30. Rano podjechała taksówka. No to się FollowMe
postarało. Pani kierowczyni nie zamierzała jednak ani krótszą ani
dłuższą drogą wjechać na autostradę w kierunku Berlina. Ku
naszemu ogromnemu zdziwieniu powiozła nas do miasta na autobus, z
którego świadomie zrezygnowaliśmy. Kierowca potwierdził, że
jesteśmy na liście i to, że na miejscu jeśli nic się nie wydarzy
będziemy około 7:30. Niepokój w nas się wzmagał, szczególnie
jak minęła 5:00 a my nadal nie ruszyliśmy. 5:10 jakiś zdyszany
pasażer wpadł do środka i wtedy wystartowaliśmy. No pięknie,
godzina przybycia na lotnisko Berlin Brandenburg - Willy Brandt
niebezpiecznie się opóźnia. Całe szczęście, że odprawiłem nas
dwa dni wcześniej internetowo, przynajmniej odpadną te wszystkie
papierowe formalności. Pół godziny później mknęliśmy
autostradą nr 11 w kierunku Berlina. 15 km za granicą, na wysokości
Penkun dwa radiowozy zastawiły dalszą drogę i nasz autokar
zjechał, a na małym rondzie wykonał dwa kółka i skierował się
na północny zachód. Znam tę drogę i wiem dokąd, o ile nie
skręci się w inną, ona prowadzi. Niepokój zamieniał się w
strach a po osiągnięciu granicy w Lubieszynie przeistoczył się w
panikę. Jest kilka minut po 6:00 a my znowu w Polsce. Nerwowość
dała się zauważyć w całym autobusie. Decyzję trzeba było
podjąć natychmiast. Telefon po taxi i kilka minut później
przepakowujemy się do Skody Octavii. Kierowca, pan Robert rozumiejąc
powagę sytuacji nie oszczędzał silnika wyciskając z niego
maksimum mocy. Blisko 200 km/h pędziliśmy odcinkami no limit,
zwalniając tylko tam gdzie to konieczne. 7:40 podjechaliśmy na
lotnisko. Bagaż na wózek i pędem do stanowiska aby go oddać.
Pasażerowie czekający już na odprawę do kolejnego samolotu
uprzejmie nas przepuścili a pani w okienku zaczęła ważyć bagaż
i sprawdzać dokumenty. Po chwili poprosiła o jeszcze inne
zaświadczenia. Zesztywnieliśmy. Zacząłem nerwowo otwierać
aplikację Mobywatel ale to nie o to chodziło. Oświeciło mnie po
chwili.
-
daj to co wczoraj drukowałaś.
Gosia wyciągnęła plik dokumentów i z nich dwie kartki, deklaracje
zdrowotne niezbędne przy wyjeździe do Peru. Pani nawet ich nie
czytała, kiwnęła tylko potwierdzająco i ruszyliśmy do odprawy
osobistej. Tam tłum na godzinę najmniej ale musieliśmy mieć takie
przerażenie w oczach, że bez dyskusji wszyscy podnosili taśmy
abyśmy przechodząc pod nimi i omijając kolejkę za chwile mogli
stanąć na początku. Z wywieszonymi językami pobiegliśmy później
do odpowiedniego stanowiska. Z kartą pokładową w wyciągniętej
ręce z błagalnym spojrzeniem podszedłem do pani, która
potraktowała mnie krótkim – nein. Dokładnie za moment to samo
powiedziała do Gosi. No pięknie, spóźniliśmy się. Pani widząc
nasze miny dokończyła już po angielsku, że jeszcze nie zaczął
się bording. Jak zwykle w tym momencie nastąpiło silne tąpnięcie.
To oba kamienie spadające nam z serc wywołały niemalże trzęsienie
ziemi i zawalenie jednego z terminali niedawno oddanego po 10 latach
nowego lotniska. Trzy minuty później zaczęto wpuszczać pasażerów
do samolotu. Kiedy już zajęliśmy swoje miejsca z niedowierzaniem
spoglądaliśmy na siebie. To jednak się udało, lecimy, nieźle się
zaczęło, oby to była najgorsza przygoda podczas tej podróży.
Myśli kotłowały się w głowach. Gosia jednak rozbawiła mnie,
kiedy powiedziała o swoich wątpliwościach. Do ostatniego dnia nie
zdradzała się w pracy z kierunkiem naszego wyjazdu. Co by
powiedziała następnego dnia, jeślibyśmy nie polecieli i wrócili
do Szczecina? Ta to ma rozterki.
W Amsterdamie na lotnisku spotkaliśmy się z grupą i półtorej
godziny później startowaliśmy w stronę Limy, dokąd
przylecieliśmy po ponad 12 godzinach lotu około 18:00 tamtego
czasu. (minus 7 godzin w stosunku do czasu w Europie)
No
to tyle tytułem wstępu. Dalsze wpisy będą o zwiedzaniu.
Szczęściarze
Piotroskie
 |
startujemy z Berlina
|
 |
za chwilę lądujemy w Amsterdamie
|
 |
Jasiek pokazuje swój oldschoolowy aparat
|
 |
Amazonka jak na dłoni
|
 |
To Jasiek już w Limie i jego wszystkie bagaże ponad 70 kg. To jedyne zdjęcie z podróży zrobione aparatem
|