czwartek, 13 sierpnia 2026

13 sierpnia, czwartek - Gudhjemosterlars

Dzisiaj nie udało nam się wyruszyć o rozsądnej porze w trasę. Ale jak mieliśmy się oprzeć kąpieli w kempingowym basenie, z biczami wodnymi i jacuzzi. No i zeszło prawie do 12, czyli godziny wykwaterowania.

Ruszyliśmy samochodem w kierunku wschodniego wybrzeża i pierwszą atrakcją był słynny ruchomy kamień Rokkestenen, położony w lesie gigantyczny głaz polodowcowy, który podobno można wprawić w ruch. Śmiałków było wielu, bo fama poszła, że on nie należy do tych niewzruszonych. Wokół mnóstwo akcesoriów pomocniczych, i być może gdzieś ukryta kamera, żeby inni mieli ubaw z naiwności turystów.                                                              Stąd mieliśmy tylko parę kilometrów do wybrzeża, gdzie zatrzymaliśmy się na parkingu z widokiem na Gudhjem i ruszyliśmy już rowerami na eksplorację okolicy. Prawie natychmiast, bo tu wszędzie śmiesznie blisko, dojechaliśmy do głównych atrakcji wschodniej strony, czyli granitowych, poszarpanych brzegów, z dziwnymi formacjami skalnymi, grotami, zakamarkami. Wzdłuż wybrzeża wytyczone są świetne ścieżki dla chodziarzy, i gdyby miało się determinację, jak niektórzy spotkani po drodze, to całą wyspę można przejść nie odrywając się od morza, wyżej lub niżej ale zawsze w kontakcie wzrokowym z wodą.                        Niedaleko, mapy wskazują wodospad wśród bukowych lasów. Niestety trafiamy na wodną pustynię, wśród bukowej puszczy, w  scenerii z powalonymi drzewami jak z bajki o Jasiu i Małgosi płynie tylko malutka struga. Ale oprócz bardziej dzikich tras są też wydzielone ścieżki edukacyjne dla spacerowiczów, gdzie wiele drzew posiada swoją tabliczkę znamionową z nazwą i opisem . Na trasie do samochodu, przy muzeum Sztuki Bornholmu spotykamy poznaną kilka dni wcześniej sympatyczną rodzinkę z 7-letnią córką. Podróżują rowerami unplugged, co wzbudza nasz podziw, szczególnie dla małej. I co się okazało, że kilkaset metrów wcześniej trafiła im się kraksa i Dorotka bardzo się poturbowała. Już z daleka widać było zakrzepłą krew wokół nosa a z bliska opuchniętą prawą wargę. Mimo odniesionych obrażeń po kilku godzinach uspokojenia nerwów Dorotka gotowa była ruszyć dalej. Co za hart ducha! Twardzi ludzie tworzą łatwe czasy, i jeżeli takich Dorotek będzie więcej, nie zginiemy jako Polacy. Po krótkiej przerwie na posiłek przy aucie, w końcu docieramy do miasteczka, które podziwialiśmy już wcześniej z parkingu, gdzie zostawiliśmy auto. Gudhjem! Położne jak w górach. Żeby zjechać do portu trzeba pokonać niesamowity spad, ale widok z góry jest niezwykły. Tak jak i samo miasteczko – pełne koloru, galeryjek, kafejek, no i nasze ulubione wędzarniane klimaty. Tym razem skończyło się tylko na kawie. Czas nas goni a w planie mamy jeszcze zobaczenie największego na Bornholmie kościółka rotundowego w Osterlars. Przy zachodzącym słońcu, pedałując w towarzystwie zajęcy i lokalnego ptactwa dotarliśmy tam w ostatniej chwili. Było warto. Teraz na noc musimy wrócić w miejsce wcześniej upatrzone, koło „ruchomego” kamienia, gdzie jest na parkingu domek z toaletą i umywalką, i co najważniejsze z dostępem do prądu. Będzie więc gdzie naładować rowery i pozostały sprzęt.



Znajdź zwierzątko























 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz