niedziela, 16 sierpnia 2026

16 sierpnia, niedziela - Arnager

Dzisiaj startujemy rowerami z Rønne w kierunku południowego wybrzeża do miejscowości Arnager. Przejazd nie będzie forsowny, bo do 16:00 musimy pojawić się na odprawie promowej.

Słońce świeci ale wieje potwornie. Póki trasa rowerowa prowadzi z wiatrem przez las jest ok. Na wylocie z Rønne, pośrodku ronda żegna cyklistów i kierowców samochodów biały garnek pokryty stożkowatym dachem, w duchu tradycyjnych gemle kirke. To ociera się już o manię prześladowczą - ale wzbudzającą zawsze jak najbardziej pozytywne emocje. Przy drodze rowerowej 21 spotyka nas zaskakująca niespodzianka - głazy  narzutowe z malunkami. Z tablicy informacyjnej dowiadujemy się, że twórcą tego pomysłu był emerytowany rolnik z okolicy, pan Slau, który odkrył w sobie żyłkę artysty i wymyślił  sposób na realizacje swoich pasji na kamieniach. Inspiracją były postaci z bajek Andersena (zbiegiem okoliczności sam nosił jego nazwisko), nordyckich bogów, lokalnych bożków. Wszystkie kamienie pochodzą z okolic jego farmy i pracował nad nimi w latach 1990-2004. Zmarł w 2007 ale pozostawił po sobie wzruszający ale trwały ślad istnienia. Obranie Arnager jako celu finalnej eskapady rowerowej nie było przypadkiem. Chcieliśmy w ostatnim dniu wrócić do bornholmskich smaków z Rogeri(wędzarni). Nostalgia za smaczną rybką w wyspiarskim wydaniu ciągnęła się za nami od pierwszej degustacji w Hasle. Tego typu restauracyjna sprzedaż najbliżej Rønne jest rzut beretem, bo 9 km, właśnie w wiosce rybackiej Arnager,. Po pierwsze zrobiliśmy rekonesans, żeby w porze obiadowej bez problemu dotrzeć w punkt samochodem. Nie wiem, dlaczego nie mamy stamtąd żadnej foto relacji ale chyba cały mental skierowany został na jedzenie a nie na utrwalenie – często mamy z tym problem. Jednak wędzarnia, to nie największy atut tego miejsca. Paręnaście domów, widać, że współcześnie postawionych, stoi na wysokim klifie nad plażą, w głąb morza na odległość 200 m ciągnie się molo. Jeżeli chcesz poczuć siłę wiatru i morską bryzę fundujesz sobie spacer tym długim podestem, który kończy się zaaranżowaną zatoką dla małych jednostek pływających. Ale dzisiaj niezależnie, czy jesteś na brzegu, czy 200 m w głębi Bałtyku, głowę urywa niemiłosiernie.

Przy plaży, usianej kamieniami i wypoczywającymi na nich kormoranami natykamy się na owe słynne namioty- schroniska, wymyślone dla turystów niezmotoryzowanych. Świetny sposób na nocleg, czy osłonięcie przed złymi warunkami atmosferycznymi. Nienagannie czyste i czystość tę utrzymują oczywiście użytkownicy. Nikt tu sobie nie pozwoli na pozostawienie niechcianych śladów – to jest wyższy mentalny level.

Oprócz domów wybudowanych niedawno są również stare szachulcowe chaty, które dostają od nowych gospodarzy nowe życie. Bornholm jest ulubionym miejscem zamieszkania i pracy twórczej wielu artystów duńskich i właśnie na taką miejscówkę trafiliśmy trochę dalej od brzegu. Cywilizacyjna odtrutka, spokój, natura, szum morza, zapach zbóż, kolorowa roślinność wszystko to inspiruje i daje impuls do malowania. Świetnie zaaranżowana w stodole galeria z bielonym, jasnym wnętrzem, gdzie oglądasz obrazy porozwieszane na starych, drewnianych ścianach, stąpając po morskim piasku. Patrzysz na wizje artysty wykreowane przez krajobrazy, które towarzyszyły Ci przez cały ten czas, szaremu turyście, jednemu z wielu. Dobrze byłoby mieć taki jeden, żeby z nostalgią wspominać w domu z betonu ten cudowny tydzień. No cóż, uprzedzając fakty, przygotowani jesteśmy jedynie, na bufet rybny okraszony Grimbergenem, colą i lodami carpiggiani.

Droga powrotna do samochodu była ciężka, bo pod wiatr. Zapakowaliśmy cały rynsztunek do auta  i jak bumerangi wróciliśmy w miejsce, które miało być wisienką na torcie. Po drodze, po raz czwarty napotykamy twardzieli spod Wrocławia ale zmierzają droga rowerową w przeciwnym kierunku do Ronne, więc machamy im tylko z auta.

W Rogeri Arnager oczywiście czekały nas chwile kulinarnych uniesień. Nasycenie do jutra gwarantowane! Gdybyśmy mieli zrobić ranking najsmaczniejszych potraw, to dla nas, absolutnie numerem jeden były zielone algi. Gosia zjadła tego nieprzebrane ilości, jak wiewiórka - na zapas. Cudowne były śledzie, te najprostsze, w zalewie, no i w ogóle od wariacji śledziowych można było dostać zawrotu głowy. Dalej, kalmarowe krążki panierowane, przepyszna makrela wędzona na gorąco posypana grubą solą, delikatny łosoś, ogórki w niezidentyfikowanej zalewie. Wszystko – marzenie. I my tam byli  i wiele talerzy napełnili.

Spełnieni kulinarnie i turystyczno-krajoznawczo zameldowaliśmy się na promie do Køge (Kyje). Jeszcze  ostatni rzut oka na intensywnie oświetloną panoramę Rønne i płyniemy przez niespokojny Bałtyk, wszystko co piękne pozostawiając za sobą.


















 

sobota, 15 sierpnia 2026

15 sierpnia, sobota - Nylars, Aakirkeby, winnica Lille Gadegard

Ktoś mógłby pomyśleć, że znowu leitmotivem kolejnego dnia będą kościoły ale faktycznie trudno ominąć tutejszą architekturę sakralną bez dreszczu emocji. Kościółek w Klemensker jest oczywiście młodszy od tych białych rotundowych, ale dotrzymuje kroku we wrażeniu jakie wywołuje wśród turystów. W drodze do Rønne na ostatnie pamiątkowe i spożywcze zakupy mijamy NyKyrke w Nyker, identyczny w założeniu jak wszystkie białe kościółki na Bornholmie. W Rønne spędzamy krótką chwilę. Trafiamy na kwiaciarnię z arcyciekawymi aranżacjami florystycznymi i wyrobami ceramicznymi. Trzeba wiedzieć, że ceramika, to na wyspie królowa sztuk rzemieślniczo-artystycznych. Na każdym kroku spotyka się sklepiki i warsztaty z ofertą  i chyba byłoby niedopatrzeniem wielkim nie kupić sobie podobnej pamiątki. Wiele osób daje się skusić bez nagabywania, niestety z Szymonem łatwo nie było. Samochodem zatrzymujemy się pod rotundowym XIII wiecznym kościołem w Nylars. Tu też podobny schemat: dzwonnica, która nie jest dzwonnicą, lecz służy jako magazyn, kaplica, przybudówki, klimatyczny cmentarz wokół, mury grube, że latem czujesz się jak w klimatyzowanym pomieszczeniu. W środku imponujący filar pokryty malaturą, wystrój ogólnie ascetyczny, ściany zewnętrzne, jak i wewnętrzne o surowej, niewygładzonej strukturze.

W końcu wsiadamy na rowery i ruszamy drogą rowerową nr 21 w stronę Aakirkeby. Już sam element w nazwie (kirke) sugeruje, że kościół gra istotną rolę. Ale to jest tak przy okazji, bo naszym celem jest dotarcie do morza. I znowu niespodzianki nie było. Plaża może ładna ale Bałtyk broni dostępu mętną wodą i rozkładającymi się glonami – nihil novi. Wygląda na to, że nie zaliczymy kąpieli, mimo że krążymy wokół morza przez cały bity tydzień. Zostawiamy wodę za plecami i wpadamy na słynną circle, czyli trasę rowerową nr 10. Każdy nietypowy element krajobrazu wzbudza emocje. Ale również są typowe, które wielokrotnie mijaliśmy kursując od kilku dni, czyli indywidualne wystawki wszelkich dóbr, które nie są już w gospodarstwie potrzebne lub warzywa i owoce. Każda rzecz ma swoją cenę, obok stoi skarbonka i tak kwitnie drobny handel, oparty na uczciwości klienta, bo sprzedawca kompletnie tego nie dogląda.

Aż trudno uwierzyć, że w tych szerokościach może trafić się winnica, a jednak. Serwowane wina nie cechowała jednak cena na tyle przystępna, żeby się skusić, a za degustację trzeba było słono płacić. Przywykliśmy do innych standardów.

Pedałowanie w słomianej scenerii, to tutaj sprawa oczywista, wokół tereny rolnicze, jak nie kukurydza, to rzepak, jak nie rzepak, to zboża, obecnie już rżyska, gdzie urzędują całe chmary ptaków w poszukiwaniu resztek. A propos rżyska i chrzęszczącej pod stopami słomy, chętnie popastwilibyśmy się w rewanżu nad Duńczykami z wymową, bo skopiować ich sposób wymawiania, swojego słowa pisanego, to wyższa szkoła jazdy. Przykładem jest Koge, które w wymowie brzmi Kyje. Nigdy byśmy na to nie wpadli.

Mamy już kilka kilometrów do mety, pogoda bez zarzutu, i nagle kogo widzimy? Trzecie spotkanie z naszą bohaterską rodzinką spod Wrocławia. Tym razem jednak wymieniliśmy się kontaktami z Asią i Piotrem i utrwaliliśmy wizerunkowo. Dorotka oczywiście z tego idealnego lewego profilu, jak hrabia Montefeltro z portretu Pierra de la Francesca z Galerii Ufizzi. Jej obrażenia wyraźnie ustępują i czuje się coraz lepiej. Zagadaliśmy się na tyle długo, że doczekaliśmy chmur deszczowych nad głowami i powrót zaliczyliśmy na mokro, pierwszy raz od  5 dni. Już autem dotarliśmy do sprawdzonej na początku pobytu bazy noclegowej w  podronneńskim lesie. Wypogodziło się  i dzień zakończył się malowniczym, choć nieudokumentowanym zachodem słońca.



















piątek, 14 sierpnia 2026

14 sierpnia, piątek - Nexo, Svaneke i plaże Dueodde

Obudziliśmy się wolni od trosk o nasze elektricity. Wszystko zostało naładowane na 100%. Cudowne to odkrycie, że istnieją przy trasach rowerowych budki-sanitariaty dla e-bików, przy których są kontakty z prądem i pompki. Dzisiaj naszą bazą wypadową jest miasto Nexo na wschodnim wybrzeżu. Po drodze mijamy po raz drugi rotundowy kościół w Osterlas ale w odmiennej scenerii świetlnej nie mogliśmy go zostawić bez kolejnej sesji fotograficznej. Tym bardziej, że wizyta o tej porze dała nam możliwość obejścia go dookoła i zajrzenia do środka. Jego historia sięga XII wieku. I fakt, bryłą przypomina europejskie kościółki romańskie.  Docieramy do Nexo, zostawiamy tu samochód i ruszamy wzdłuż wybrzeża na północ, do Svaneke. Jedziemy drogą rowerową nr 10. Prowadzi ona wokół całej wyspy przez ok 105 km. Po prawej stronie mamy Bałtyk z malowniczymi zatoczkami, po lewej pola po sianokosach. Jeżeli nagle na tle błękitnego nieba odcina ci się biel pracującego wiatraka, nie sposób nie zrobić przystanku na kawę i cynamonowego zawijańca, nie zapominając o partyjce kości. Oczywiście spotykamy również cyklistujących rodaków, bo jest nas trochę na wyspie. Jeżdżą w grupach lub indywidualnie, wszyscy zachwyceni warunkami, infrastrukturą, kulturą jazdy kierowców aut. Svaneke, tak jak wszystkie większe miasteczka położone nad Bałtykiem posiada swój port, do którego trzeba zjechać ostro w dół. Zaraz na wstępie trafiamy na piękny lokalny kościółek w kolorach cegły. Na tle niebieskiego nieba wygląda oszałamiająco. W środku z sufitu zwisa model karaweli, tak jak to było w przypadku kościoła św. Mikołaja w Rønne. Związki z morzem są tu bardziej akcentowane, niż typowe religijne atrybuty. Budynki wokół również urokliwe i kolorowo-szachulcowe. Na ryneczku trafiamy na wytwórnię cukierków, najstarszą na Bornholmie. Masa jest robiona ręcznie i można tego doświadczyć podczas prezentacji i tylko cięcie na równe kawałki wykonuje maszyna. Cały asortyment wystawiony jest w sklepiku i oczywiście skusiliśmy się na zakup, nie sądząc nawet, że to taki cukrowy hicior – przepadliśmy. Poszwendaliśmy się jeszcze trochę po miasteczku i jazda z powrotem do samochodu, przez inland. Mijamy kolejny kościół w tutejszym stylu – Ibs Kirke. Po przerwie obiadowej skierowaliśmy się na południe do słynnych piaszczystych plaż Dueodde. Zdziwiło nas, że morze w pewnych momentach wyglądało jak mokradła. Stojąca, zielona woda, mnóstwo wodnego ptactwa i czasami bardzo wątpliwy zapach rozkładających się glonów, tworzących na brzegu odstrasza czarną mazią. Tu nikt się nie kąpał a letników sporo w domkach niedaleko brzegu, Współczuliśmy im, że za takie warunki musieli jeszcze płacić. Jak tu oddychać na czysto, jak oddychać? Po kilkuset metrach zostawiliśmy zaczadzoną zonę za sobą i skręciliśmy na południowy koniuszek wyspy, usiany kempingami i punktami usługowymi dla turystów. 200 metrów dalej zostawiliśmy rowery i do latarni morskiej doszliśmy pieszo. Dalej lekka wspinaczka po wydmie i zdziwieni spostrzegamy że przed nami ogromna przestrzeń, a do morza dystans niewiadomy, bo nawet go nie widać. Nie zdecydowaliśmy się przedzierać przez wydmy, wybraliśmy udogodnienie, czyli wcześniej dostrzeżoną przy restauracji drewnianą kładkę. 400 m spaceru i jesteśmy na miejscu. Piaseczek jest jak mąka i do tego stopnia drobniutki, że wykorzystywany był kiedyś w klepsydrach. Obieramy kurs powrotny, oczywiście inną trasą, ale w związku z zapadającym zmrokiem musimy „się streszczać”. Mimo tego robimy zdjęcia napotkanemu po drodze kościołowi w Povls. Musimy przyznać, że dzisiaj jesteśmy zafiksowani religijnie ale to wszystko przez wyjątkową architekturę. Już o zmroku szukamy samochodem miejsca na nocleg, w nadziei, że znajdziemy budkę z doładowaniem. Żeby tak się stało nadkładając drogi zmuszeni jesteśmy wrócić do miejsca skąd dziś wyruszyliśmy, przy „ruchomym kamieniu”