środa, 5 listopada 2025

5 listopada, środa - Kanion Sumidero

Wyruszamy w podróż do Kanionu Sumidero na rzece Grijalva, wpadającej później do Zatoki Meksykańskiej. Nadal jesteśmy w regionie Chiapas. W kanionie wsiadamy do łodzi aby odbyć około dwugodzinny rejs. Po drodze niezwykłe krajobrazy z pionowymi ścianami kanionu, porośniętymi roślinnością, agawami i pionowymi pałkami kaktusów. Jest punkt, który sięga 1 km powyżej lustra wody plus 80 m poniżej wody. Mnóstwo ptactwa wodnego, czaple szare, białe, pelikany, kormorany. Hitem były wylegujące się na płyciźnie krokodyle. Chyba widzieliśmy prawie całą występującą tu populację, ok. 60 sztuk. Również trafiły się trzy małpki. Wstrząsający dla nas był widok plastikowych śmieci pływających po powierzchni.  Mimo, że codziennie czyściciele wyławiają te odpady to efekty są mizerne. Wszystko to spływa do rzeki z okolicznych miast. Kanion jest tak spektakularną atrakcją turystyczną, że widnieje w herbie stanu Chiapas. Po rejsie krótki posiłek – rybka i koktajl z krewetek, czyli słynny, ale przynajmniej tutaj wcale nienajlepszy - coctel de camarones.                                                                                      Najedzeni jedziemy 5 godzin  na nocleg do Tehuantapec. W lokalnej restauracji poczęstowano nas 2 rodzajami miejscowego mezcalu – canabris i espatin. Zacne!














 




























 

 

 

 

wtorek, 4 listopada 2025

4 listopada, wtorek - Zinacantan, Chamula, spacer po San Cristobal de las Casas

Po śniadaniu a przed wyjazdem przechadzamy się uliczkami San Cristobal de las Casas i przypatrujemy się jej mieszkańcom i niskiej architekturze miasta. Później jedziemy kilkanaście kilometrów do Zinacantan, miejscowości zamieszkanej przez rdzenną ludność grupy etnicznej Tsotsil. Odwiedzamy gospodarzy zajmujących się tkactwem, obserwujemy ich przy pracy i pobuszujemy wśród tutejszej konfekcji. Zarówno panie, jak i panowie mogli się ubrać tu od stóp do głów, jednak nie znaleźli się chętni na zakupy. Wyroby te  były w estetycznie wątpliwym guście i dlatego nie zarobiono na nas żadnego peso. Poprzestaliśmy na zabawie w przymiarki. W izbie obok mieliśmy degustację domowej roboty tortilli – jak zwykle smak dyskusyjny, tzn. króluje bezsmakowość. Później zaproszono nas do środka mieszkania, gdzie w jednym z pomieszczeń stał ołtarzyk aż do sufitu, udekorowany mnóstwem kwiatów, które zmieniane są raz na 2 tygodnie. No i obowiązkowo prowiantem – picie w butelkach, banany. Nigdy to nie zostaje skonsumowane. Warunki do bytowania byle jakie, ale cóż, taki pejzaż.

Kolejny punkt na mapie, to miasteczko Chamula z kościołem o bardzo dziwnych obrzędach uprawianych przez miejscowych Indian Tsotsil a kończących się ofiarą z kurczaków. Modlący się do swoich świętych ustawiają na posadzce ołtarzyki ze świeczek. Potrafią zająć nawet 3 m2 różnokolorowymi świeczkami. Umieszczane są w rzędach po 12, 14 sztuk – nie wiem , czy liczba i konfiguracja ma jakieś znaczenie ale kolor na pewno. I tak modlą się aż do wypalenia, czyli może to trwać kilka godzin. Dziwne, że krzątający się wokół turyści, w ogóle nie przeszkadzają im w obrzędach. To musi być jakiś swoisty trans, który zobojętnia ich na bodźce zewnętrzne. Zatrzymaliśmy się przy kobiecie, która mamrotała coś pod nosem, aż zaczęła szlochać a po policzkach zaczęły jej płynąć łzy. Tak zapłakana ujęła w ręce zdezorientowanego kurczaka, któremu próbowała szybkim ruchem ukręcić głowę. Niestety nieskutecznie i dzieła musiał dokończyć siedzący obok niej mąż. Wewnątrz kościoła jest całkowity zakaz filmowania i fotografowania, więc nie mam żadnej dokumentacji ponad to co pamiętam.

Wróciliśmy do San Cristobal de las Casas, żeby powłóczyć się trochę po uliczkach tego naprawdę urokliwego miasta. Na pierwszy ogień poszedł miejscowy Mercado, z całą masą barwnych stoisk obsługiwanych przez, co zwróciło naszą uwagę, nienachalnych sprzedawców. Kilka godzin snucia się po zakamarkach starej dzielnicy doprowadziło nas w końcu do katedry. Wystrój dość ascetyczny ale wrażenie robiły potężne szafy ołtarzowe. Wieczorową porą wróciliśmy w te rejony gdzie na katedralnym placu rozbił się lokalny ryneczek. Sprzedaż prosto spod stóp, mydło i powidło, ledwo co widać towary w ciemnościach ale handel trwa. Zwieńczeniem dnia było wspięcie się po schodach w górę na lokalny punkt widokowy, żeby zobaczyć panoramę miasta z wysokości 2500 m.npm. Daliśmy w kość naszym płucom, niestety widok z góry zepsuły drzewa i oczywiście chaotycznie wiszące  kable.




















 

poniedziałek, 3 listopada 2025

3 listopada, poniedziałek - Wodospad Misol Ha i Aqua Azul

Ranek dla kilku osób był ciężki, ale perspektywa orzeźwiających, czekających nas dzisiaj kąpieli dawał pewną nadzieję przeżycia. Najpierw zatrzymaliśmy się nad jeszcze niezbyt malowniczym odcinkiem Rio Chacamax, gdzie pierwszy raz pomoczyliśmy się trochę. Stamtąd pojechaliśmy nad wodospad Misol Ha. Ścieżką wokół jeziora do którego wpadał wodospad zrobiliśmy spacer do groty, w której brodząc w wodzie po uda dotarliśmy do jaskini z nietoperzami. Te spłoszone światłem latarki latały nad głowami. Później zaliczyliśmy kąpiel a ja podpływałem blisko spadającej strugi ale nie można było pokonać siły spadającej wody, która wypychała mnie w kierunku środka jeziora, tym bardziej, że byłem w kapoku, który tutaj jest obowiązkowy. Wodospad mógł mieć wysokość około trzydziestu pięciu metrów. Następnie udaliśmy się do Aqua Azul, pięknie płynącej kaskadami Rio Xanil, gdzie można było zaliczyć kąpiel, albo bardziej brodzenie w wodzie, bo było dość płytko. Idąc w górę rzeki około sześćset metrów, minęliśmy kilka miejsc widokowych. Nawet przez pomyłkę wspięliśmy się na wieżę tyrolkową, skąd widok na okolice był naprawdę boski. Mijaliśmy całą masę straganów z konfekcją i lokalnymi pamiątkami. Po południu wylądowaliśmy w naszej bazie hotelowej w San Cristobal de las Casas.













 

niedziela, 2 listopada 2025

2 listopada, niedziela - Palenque i wieczorna balanga.

Pobudka bardzo wczesna. 5 godzin jedziemy ponad 350 km do Palenque w stanie Chiapas. Tu zwiedzamy majańskie miasto z budowlami z kamienia i grobowcem w kształcie piramidy, najsłynniejszego władcy majańskiego – Pakala Wielkiego, który żył w VII wieku. W X wieku miasto upadło i nie wiadomo z jakich powodów. Zarosło przez wieki i dopiero po 800 latach w połowie XVIII wieku zostało odkryte. Wykarczowano dużą część lasu i udostępniono ruiny Palenque. Pałac królewski, Świątynia Inskrypcji, gdzie znaleziono kości władcy oraz świątynia  gdzie pochowano żonę Pakala Wielkiego zwaną Czerwoną Królową, to najważniejsze spośród wielu budowli miasta, o którym uczyłem się w szkole i nazwę Palenque stąd dobrze pamiętam. Słońce mocno nas wymęczyło, więc godzinny orzeźwiający spacer po dżungli w cieniu drzew był wybawieniem. Wędrowaliśmy, ja w klapkach w poszukiwaniu spektakularnych okazów fauny. Zachęceni przez przewodnika fundnęliśmy sobie przekąskę prosto z termitiery, czyli żywe termity. Smakowały trochę jak limonka z posmakiem octu. Przewodnik wskazał nam dziuplę, w której zobaczyliśmy tarantulę a właściwie jedynie jej kosmate, poruszające się odnóża. Hotel to domki porozstawiane wśród lasu pociętym strugami wodnymi, miedzy którymi można było przejść małymi mostami. Słońce Gosi zaszkodziło. Nie dała się namówić na wyjście i postanowiła położyć się wcześniej. Cóż miałem robić, poszedłem sam a właściwie osamotniony z grupą ruszyliśmy aby wziąć udział w procesji Dia de Muertos niedaleko w parku. Ze świeczkami kapiącymi gorącymi kroplami na ręce szliśmy wytrwale w procesji, nie bardzo wiedząc dokąd i dlaczego. Szliśmy jednak posłusznie, aż nagle psychodeliczna muzyka się wyłączyła, światła się włączyły i korowód się zatrzymał. Wszyscy się rozeszli a świeczkę za przykładem innych odłożyłem na skraj ścieżki. Komunikat z głośników nic mi nie powiedział bo był po hiszpańsku a mój tłumacz w objęciach Morfeusza pozostał w hotelu. Domyśliłem się, że coś się wydarzy, ale za pół godziny. Rozczarowanie przyszło jednak szybko, bo zaproszono nas do przeszklonej sali powyżej, gdzie na katafalku spoczywała replika Czerwonej  Królowej. Z komentarza w języku hiszpańskim nic nie zrozumiałem a nasz pilot Maciek wszedł z kolejną grupą. Później wszyscy ruszyliśmy w poszukiwaniu jakiejś restauracji i znaleźliśmy w miarę szybko. To co działo się później to przemilczę, powiem tylko tyle, że młodzież nie doceniła zawodowstwa starszego pana. Na zmianę podawano kieliszki z mezkalem i tequilą. Ile tego było nie zliczę. Młodzież tańczyła a od czasu do czasu porywała i mnie. Pod koniec ci najbardziej aktywni częstowani byli mezkalem prosto z wielkiej butelki. Później jeszcze pokaz tańca z ogniem i powrót do bazy. Ten był dość wyczerpujący dla niektórych a całość zakończyła się strzemiennym na werandzie jednego z domków.