Po śniadaniu
a przed wyjazdem przechadzamy się uliczkami San Cristobal de las Casas i
przypatrujemy się jej mieszkańcom i niskiej architekturze miasta. Później
jedziemy kilkanaście kilometrów do Zinacantan, miejscowości zamieszkanej przez
rdzenną ludność grupy etnicznej Tsotsil. Odwiedzamy gospodarzy zajmujących się
tkactwem, obserwujemy ich przy pracy i pobuszujemy wśród tutejszej konfekcji.
Zarówno panie, jak i panowie mogli się ubrać tu od stóp do głów, jednak nie
znaleźli się chętni na zakupy. Wyroby te
były w estetycznie wątpliwym guście i dlatego nie zarobiono na nas żadnego
peso. Poprzestaliśmy na zabawie w przymiarki. W izbie obok mieliśmy degustację
domowej roboty tortilli – jak zwykle smak dyskusyjny, tzn. króluje
bezsmakowość. Później zaproszono nas do środka mieszkania, gdzie w jednym z
pomieszczeń stał ołtarzyk aż do sufitu, udekorowany mnóstwem kwiatów, które zmieniane
są raz na 2 tygodnie. No i obowiązkowo prowiantem – picie w butelkach, banany.
Nigdy to nie zostaje skonsumowane. Warunki do bytowania byle jakie, ale cóż,
taki pejzaż.
Kolejny punkt
na mapie, to miasteczko Chamula z kościołem o bardzo dziwnych obrzędach
uprawianych przez miejscowych Indian Tsotsil a kończących się ofiarą z
kurczaków. Modlący się do swoich świętych ustawiają na posadzce ołtarzyki ze
świeczek. Potrafią zająć nawet 3 m2 różnokolorowymi świeczkami. Umieszczane są
w rzędach po 12, 14 sztuk – nie wiem , czy liczba i konfiguracja ma jakieś
znaczenie ale kolor na pewno. I tak modlą się aż do wypalenia, czyli może to
trwać kilka godzin. Dziwne, że krzątający się wokół turyści, w ogóle nie
przeszkadzają im w obrzędach. To musi być jakiś swoisty trans, który zobojętnia
ich na bodźce zewnętrzne. Zatrzymaliśmy się przy kobiecie, która mamrotała coś
pod nosem, aż zaczęła szlochać a po policzkach zaczęły jej płynąć łzy. Tak
zapłakana ujęła w ręce zdezorientowanego kurczaka, któremu próbowała szybkim ruchem
ukręcić głowę. Niestety nieskutecznie i dzieła musiał dokończyć siedzący obok
niej mąż. Wewnątrz kościoła jest całkowity zakaz filmowania i fotografowania,
więc nie mam żadnej dokumentacji ponad to co pamiętam.
Wróciliśmy do
San Cristobal de las Casas, żeby powłóczyć się trochę po uliczkach tego
naprawdę urokliwego miasta. Na pierwszy ogień poszedł miejscowy Mercado, z całą
masą barwnych stoisk obsługiwanych przez, co zwróciło naszą uwagę,
nienachalnych sprzedawców. Kilka godzin snucia się po zakamarkach starej
dzielnicy doprowadziło nas w końcu do katedry. Wystrój dość ascetyczny ale
wrażenie robiły potężne szafy ołtarzowe. Wieczorową porą wróciliśmy w te rejony
gdzie na katedralnym placu rozbił się lokalny ryneczek. Sprzedaż prosto spod
stóp, mydło i powidło, ledwo co widać towary w ciemnościach ale handel trwa.
Zwieńczeniem dnia było wspięcie się po schodach w górę na lokalny punkt
widokowy, żeby zobaczyć panoramę miasta z wysokości 2500 m.npm. Daliśmy w kość
naszym płucom, niestety widok z góry zepsuły drzewa i oczywiście chaotycznie
wiszące kable.