sobota, 8 listopada 2025

8 listopada, sobota - poranny spacer w Oaxaca, Mexico City, Musical Malinche

Parę słów na temat sytuacji etnicznej w niektórych krajach latynoamerykańskich. Hierarchia społeczna kształtuje się następująco: Hiszpanie – Kreole ( Hiszpanie urodzeni w Am. Łacińskiej), Metysi – mieszana ludność rdzenna z białą oraz ludność rdzenna – potomkowie niewolników. Generalna zasada, im obywatel bardziej biały, tym lepsza jego sytuacja życiowa, począwszy od żłobka, przedszkola, szkoły aż po zatrudnienie. Aby w tej hierarchii być wysoko wiele osób w Meksyku korzysta z czarnorynkowego banku spermy! W Meksyku 60% to Metysi, 30% ludność rdzenna. Tutaj warto dodać, że nie używa się na tę ludność określenia la gente indigena - Indianin, bo to obraźliwe jak wieśniak.  W innych krajach ludność kształtuje się następująco: Boliwia 90% rdzenni, Haiti niemal 100% z niewolników, Argentyna i Boliwia 90% biali, Chile ok 100% biali. Trudno się dziwić, że odsetek białych i pochodnych jest w sumie spory, skoro ludność tubylczą metodycznie eksterminowano przez eksploatację siły roboczej, walki i choroby zakaźne z europejskiej strefy klimatycznej. Funkcjonowało nawet powiedzenie - „ wystarczy, że Hiszpan kichnie a 100 Indian pada”

 

Jeszcze rano w Oaxaca wyprosiliśmy Maćka aby przed wyjazdem wyjść do miasta, żeby zobaczyć wnętrze katedry i przejść się uliczkami Starego Miasta. Grupa z którą równolegle podróżowaliśmy i tu się spotkaliśmy również postanowiła ranek spędzić na zwiedzaniu ale nieco dłużej, co niestety okazało się dla nich fatalne, ale o tym na końcu.                        Później wielogodzinna podróż do stolicy. Przyjeżdżamy ok. 17 ale sam przejazd był karkołomny i niemożliwie długi z powodu korków. Zakwaterowanie blisko centrum i jak najszybsza ewakuacja z hotelu na penetrację miasta. Pierwsze wyjście było szokiem. Tłumy na chodnikach niesamowite! Czy tak wygląda codzienne życie avenidy w mieście liczącym 9 mln mieszkańców, a z aglomeracją miejską do 23 milionów?                                                      Na szczęście okazuje się, że trafiliśmy na fiestę, która obejmowała główne ulice miasta wokół parku St Juan i historycznego centrum, tj. Placu Zocalo. Główny deptak do gigantycznego Zocalo zadeptany przez tłumy. Dosłownie trzeba było się przeciskać. Komunikację pieszą utrudniają stragany i stoiska ze streetfoodem i odzieżą. Wygląda to jak niekończący się jarmark, w powietrzu unoszą się zapachy serwowanych dań, ale żeby wzbudzało to zachwyt i apetyt, dyskusyjna sprawa. Odłączamy się od grupy po 19:00 i idziemy ponad trzy kilometry od głównego placu do teatru gdzie o 20.30 odbędzie się musical Malinche. Jeszcze w Polsce obejrzeliśmy na Netflixie dokument o powstaniu tego musicalu i postanowiliśmy go obejrzeć. Bez problemu dostajemy bilety emeryckie, czyli 2 w cenie jednego. Skoro taka oszczędność, to wybieramy strefę VIP i miejsca dostajemy w V rzędzie, dosłownie na wprost sceny. Jesteśmy zachwyceni spektaklem, bo oprócz walorów o treści historycznej są i wizualne i estetyczne. Scenografia niesamowita, zwizualizowana dżungla, miasto Tenochtitlan (baza obecnego Mexico City) z niezwykłymi rozwiązaniami urbanistycznymi i architekturą, z której do współczesności nie zostało praktycznie nic. Okazało się, że ze spektaklem trafiliśmy akurat na rocznicę historycznego spotkania Malinche, Corteza i Montezumy. To wtedy, 8.11.1519 roku zmienił się bieg historii dla tych terenów, czego konsekwencją jest dzisiejsze państwo Meksyk.

Do hotelu wróciliśmy po północy, wdeptując do obleganego w ciągu dnia lokalu z churrosami – palce lizać!

Grupa, która wyjechała z Oaxaca po nas, po dwóch awariach busa utknęła na dobre na autostradzie po tym, jak zablokował ją wybuch cysterny z gazem. Do hotelu dojechali około 5 rano. 
















 

piątek, 7 listopada 2025

7 listopada, piątek - San Martin Tilcajete - warsztaty alebrijes, San Bartolo de Coyotepec, Monte Alban, powrót do Oxaca

Z hotelu w Oaxaca jedziemy do San Martin Tilcajete. Tam właśnie przestrzeń opanowały warsztaty wytwarzające figurki alebrijes. Trafiamy do jednego z nich, żeby przyjrzeć się procesowi produkcji.                                                                                                              Najpierw jest rzeźbienie w drzewie copal figur, na podstawie wcześniej zaprojektowanych rysunków. Później artyści je malują. Trwa to nawet do kilku miesięcy. Tam też zaliczamy warsztaty malowania. Przewodnik sugeruje nam nasze opiekuńcze zwierzęta na podstawie daty urodzin. Moim jest kameleon, Szymona – żółw. Nie było jednak w proponowanym zestawie takich okazów, więc wybór padł na rybki. Dostajemy cieniutkie pędzelki i wszyscy zabieramy się do malowania. Panie podchodzą i pomagają niektórym. Wymieniamy się farbami i pracujemy wytrwale w pełnym skupieniu przez godzinę. Niesamowite jakie to odstresowujące. Na koniec każdy prezentuje swoją pracę i oczywiście robi zdjęcia.                    Potem ruszyliśmy do miasteczka San Bartolo de Coyotepec, gdzie miejscowi parają się rzemiosłem związanym z czarną gliną. Robią z niej prawdziwe cudeńka. Zwiedzamy market, gdzie jest 109 stoisk z różnymi lokalnymi wyrobami z owej gliny. Postawiłam na czarne jak smoła koralikowe bransoletki za naprawdę, drobne pesos.                                                            Po doświadczeniu teraźniejszości pora na historię. Udajemy się na wzgórze położone nad Oaxaca, gdzie jest stanowisko archeologiczne z resztkami budowli po stolicy Zapoteków, tj. Monte Alban.                                                                                                                      Kolejne budowle schodkowe, boisko do peloty i przepiękne widoki na miasto u podnóża. Miejsce magiczne.                                                                                                                      Po powrocie do Oaxaca zaliczamy 2 mercada. Mijamy stragan z tutejszym przysmakiem – chapulines czyli konikami polnymi. Kupujemy kolejne alebrijes i decydujemy się na konsumpcję tlayudy – chrupkiej tortilli z całą masą składników, od sosu fasolowego, przez stopiony ser, awocado, sałatę, pomidory i kawały wieprzowiny. Wyglądało to jak pizza, a co najważniejsze okazało się całkiem OK.





























 

 

czwartek, 6 listopada 2025

6 listopada, czwartek - Hierra de Aqua, w fabryce mezcalu, cyprysik maksykański w Tule

Jedziemy do wodospadu Hierra de Agua – tzw. martwego wodospadu. Najpierw zaliczyliśmy spacer z przewodnikiem po skałkach, delektując się pięknymi widokami formacji skalnych przypominających tureckie Pammukale. Ale w utworzonych tarasowych jeziorkach można nie tylko moczyć nogi ale również wykąpać się. Skały mienią się różnymi kolorami od rozpuszczonych przez wodę minerałów. Cudowne miejsce. Tam również trafiamy na rosnące w naturze drzewo, z którego robi się alebrijes. To dla nas prawdziwa ciekawostka, bo na punkcie tych wyrobów zupełnie nam odbiło. Po orzeźwiającej kąpieli w trzech oczkach wodnych wyruszamy do fabryki mezcalu. Tuż po wyjeździe z Hierra de Agua mijamy po drodze całą masę gospodarstw, trudniących się produkcją tego bimbru z różnych gatunków agawy. To jest okoliczny biznes i trudnią się tym wszyscy. Zainteresowanie turystów robi swoje. W naszej fabryce przewodnik opowiada o „alchemicznym” procesie powstawania trunku, czyli najpierw uprawa agawy, która dopiero po 20 latach nadaje się do dalszej obróbki, parzenie „serc” agawy, czyli tego co pozostaje po obcięciu liści. W wykopanym dole układa się warstwami: gorące kamienie-agawa-ziemia i maty. Następnie miażdży się włókna a powstały macerat przechowuje się w kadziach. Podczas tego procesu fermentacji czuć wyraźną nieprzyjemną woń. Po kilkunastu dniach następuje destylacja  a po niej już finalna, druga. Po tym oprowadzaniu przechodzimy do sklepu gdzie następuje długo oczekiwana degustacja, która nas rozgrzała, rozweseliła i zachęciła do zakupów. Nas najbardziej zachwycił syrop z agawy konsystencji lejącego miodu. Rzeczywiście był wyborny, bo cała reszta to po prostu zwykły bimber w różnych kombinacjach smakowych owocowych , orzechowych, itp.                                                                                                                  Opuszczamy zakład i jedziemy do Oxaca, po drodze zatrzymując się w Tule, żeby obejrzeć najstarsze drzewo świata – cyprysik meksykański. Wiek 2000 lat, obwód 4,3m. – fenomenalny okaz. Przy nim nasz dąb Bartek, to leptosomatyk.