piątek, 31 października 2025

1 listopada, sobota - Uxmal, cmentarz w Pomuch, Campeche

Dzisiaj buszujemy jeszcze po Jukatanie. Na pierwszy ogień idzie strefa archeologiczna majów Uxmal. Wyrwane dżungli i odsłonięte dzięki wykopaliskom, olbrzymie świątynie w kształcie piramid. Ale to jedynie ułamek tego, co kryje dżungla. Myślę, że w przyszłości więcej takich cudów ujrzy światło dzienne.                                                                                          Kontynuując wątek tzw. nekrotyrustyki z dnia poprzedniego, trafiamy do Pomuch, na cmentarz, bardzo nietypowy, bo ze szczątkami ludzkimi w skrzynkach. Czyli kości, czaszki, ot tak na wyciągnięcie ręki, nawet niektóre niezabezpieczone żadną kratą. Co kraj, to obyczaj ale brzmi to jak z horroru, kiedy po 3 latach od pochówku rodzina oczyszcza kości żeby później wystawić na widok publiczny. Nie potrafiłbym się odnaleźć w roli czyściciela.. A taki rytuał jest później powtarzany co rok przed Dia de Muertos.. Na grobach Gosia zostawia kwiaty i wianek z wczorajszego święta w Meridzie.                                                                              Pod wieczór dojechaliśmy nad Zatokę Meksykańską do Campeche na nocleg w hotelu Francis Drake. Campeche ma zupełnie inny charakter, niż dotychczas odwiedzane miejsca. Wzdłuż zatoki biegnie szeroka promenada, ulice są przestrzenne, czuć tu więcej powietrza i widać bardziej zadbane budynki.. Centrum miasta wygląda jak kubański Trynidad. Całe stare miasto otoczone jest wysokim, białym murem jako historyczna osłona przed nękającymi kiedyś piratami. Wzdłuż promenady od strony zatoki oświetlonej kolorowymi fontannami dalsza część obchodów dnia zmarłych i kolejne wymalowane twarze. Zachodzimy do farmacji aby zrobić zakupy na kanapki na jutrzejszą podróż. Jak nas tam skierowano też się dziwiliśmy ale większa część powierzchni apteki to sklep spożywczy i to nieźle zaopatrzony. 












































31 października, piątek - zwiedzanie Meridy, Dia de Muertos

Do południa spacer po Meridzie.

Zaczynamy od Plaza Mayor (główny plac miasta), a przy nim katedra, w środku dość ascetyczna, bez zdobień. Później zachodzimy do Pałacu Gubernatora - siedziby władz Jukatanu, z muralami nawiązującymi do postaci historycznych i wydarzeń z historii Meksyku. Następnie odwiedzamy, niedaleko położony dom rodziny Montejo. Dzięki nim Merida miała okres szczególnego rozkwitu. Miasto było centrum produkcji i eksportu na cały świat, produkowanego z włókien agawy, sizalu. Przechodzimy do miejskiego targu, olbrzymiego  kompleksu, gdzie sprzedają wszystko. Tam Gosia zakupiła żywe kwiaty do wianka na wieczorne Dia de Muertos. . W końcu opuściliśmy tereny starej dzielnicy i doszliśmy do reprezentacyjnego bulwaru Montejo z pięknymi, odnowionymi pałacami, które służą dziś za hotele lub budynki użyteczności publicznej. Tutaj miasto pokazuje się z innej strony, bo dotychczasowe uliczki i mijane budynki  pozostawiały wiele do życzenia pod względem estetycznym. Tu, na Paseo Montejo swoim pięknym wyglądem skusił nas budynek Muzeum Archeologicznego. Ekspozycja była dość skromna ale adekwatna do ceny biletu (100$). Ogólnie, po ulicach chodzi się dość bezpiecznie, ponieważ są jednokierunkowe.  Tuż przed wyjazdem na paradę odwiedziliśmy nowoczesny budynek Pałacu Muzyki, a nieopodal w sklepiku kupiliśmy mini alebrijes.

 Bus podwiózł nas w pobliże cmentarza, skąd ruszał pochód. Cała grupa wpadła w ręce makijażystek, które za 50$/osobę upodobniły nas za pomocą czarnych i białych farb, do duchów. Znaleźliśmy się tam nieco za późno i wszystkie miejsca na specjalnie przygotowanych trybunach były już zajęte. Start korowodu mocno się opóźniał i był czas na podglądanie, co się dzieje wokół, czyli polowanie na tych najbardziej oryginalnie wymalowanych. Zza trybun niewiele było widać i tylko przez moment mignęła nam jakaś gigantyczna kukła rozpoczynająca paradę. Długi pochód przebierańców ruszył w stronę miasta. Można przypuszczać, że to wielowiekowa tradycja a tak naprawdę zawdzięczamy to Bondowi. Tak, Jamesowi Bondowi a właściwie filmowi „Spectre” z 2015 roku, gdzie twórcy zaaranżowali taki kolorowy pochód, który od tego czasu stał się tradycją.   

Trudno, to w czym uczestniczymy nazwać obchodami Dnia Zmarłych. To fiesta na całego! Głośna muzyka, umalowani przebierańcy, śmiechy, zabawa, a nawet tańce. Dia de Muertos, to coś zupełnie odmiennego od naszej kultury. Chociaż pamiętam jakie zdziwienie mnie ogarnęło, kiedy 1 listopada zobaczyłem na Cmentarzu szczecińskim jak Romowie na grobie swoich członków rodziny spożywali posiłek i raczyli się czymś na rozgrzewkę. Tutaj robią to wszyscy.

Próbowaliśmy się dostać na sam cmentarz, ale bezskutecznie. Zrobił się potworny zator i lekko spanikowani zdecydowaliśmy się na odwrót. Ruszyliśmy w stronę miasta, ok. 4,6 km wzdłuż szpaleru straganów z jedzeniem, ołtarzyków, przy których siedziały całe rodziny i ucztowały, występów drobnych grup wokalnych i instrumentalnych. A tego wszystkiego pilnowali stróże prawa w adekwatnej konwencji. Do hotelu wróciliśmy skonani około północy.

























 

czwartek, 30 października 2025

30 października, czwartek - Cenoty "Święta Barbara", PN rzeki Celestun, wieczorny spacer po Meridzie

Z naszej bazy wypadowej w Meridzie jedziemy do zespołu cenot pod nazwą „ Święta Barbara”. Zaliczamy cztery, poruszając się po kompleksie rowerami, w strojach kąpielowych i kapokiem. Z tego powodu nie ma fotorelacji, bo nie było jak zabrać aparatu ani komórki. Zaczynamy od cenoty zamkniętej. Było w niej  bardzo duszno i niedługo tam wytrzymaliśmy. Następna, to półotwarta na świat, z przepięknym sklepieniem stalagmitowym. Mimo wyraźnych zakazów dotykania, wiele osób się do tego nie stosuje. Kolejna, też półotwarta, z sępnikami w roli głównej i jaskółkami nad głową. I ostatnia – otwarta, z niesamowitymi, skradającymi się w dół konarami drzew, przyklejonymi do skał, turkusowym kolorem wody. W związku z rosnącymi u góry drzewami liściastymi na powierzchni jest sporo liści i nawet cały czas pływająca w łódce obsługa  nie nadąża z czyszczeniem wody. Dokładnie tę cenotę i jednego sępnika sfotografowałem, wracając na chwilę z aparatem.

Później przerzucamy się nad Zatokę Meksykańską, żeby zwiedzić Park Narodowy Rzeki Celestun. Szybką motorówką płyniemy na płytkie słone wody rzeki, gdzie podglądamy brodzące flamingi inne ptactwo wodne, którego jest tutaj mnóstwo. Przed zmrokiem wpływamy do zatoki lasu namorzynowego. W tym słabym świetle, wystające, ogromne konary mangrowców stwarzały wrażenie grozy i niepokoju. Tym bardziej, że nie było pewności, czy między nimi nie czai się krokodyl (cocodrilo).

Do Meridy wróciliśmy ok. 20.00. Jeszcze krótki wypad do miasta na super lody i do Parku St. Juan, gdzie wystawiono instalacje i dekoracje do jutrzejszego święta Dia de Muertos. Bardzo to widowiskowe, kolorowe i groteskowe – jak to bywa tutaj w Św. Zmarłych. Czaszki, kościotrupy i aksamitki (campasuchil), które są podstawowym kwiatem dekoracyjnym ze względu na intensywny zapach, który przywołuje duchy przodków.